Życie idzie dalej... >> niedziela, 22 marca 2009 16:37:41
Właśnie. Życie idzie dalej, a opowiadanie utknęło w martwym punkcie. Nie chcę się tu wylewnie tłumaczyć. Z przyczyn mniej lub bardziej sensownych na dzień dzisiejszy muszę zawiesić historię Czarnej Floty na czas nieokreślony.
Jedno jest pewne. To opowiadanie będzie miało swoje zakończenie. Niezależnie od tego, czy ktokolwiek będzie chciał je czytać.
Teraz odmeldowuję się. Do zobaczenia wkrótce, kamraci!
komentarze [26]
X.Początek nowej drogi. >> sobota, 5 lipica 2008 16:39:45
- Ale ja nie chcę! Nie chcę żebyś wyjeżdżała!
Mały chłopiec stał przed pakującą się murzynką i z oburzeniem tupał nogami. Kobieta spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem i westchnęła.
- Patrick, proszę cię, chociaż ty nie rób scen. Wystarczą mi wymówki twoich rodziców.
- Ale nianiu! – dziecko podbiegło do Rosaline i przytuliło się do niej. – Proszę cię, zostań ze mną...
Kobieta spojrzała na małego Turnera. Na jej ustach pojawił się smutny uśmiech.
- Wrócę, kochanie. Tyle że teraz muszę na trochę wyjechać. Obiecuję, że niedługo się zobaczymy...
Ucałowała chłopca w czoło, chwyciła walizkę i już po chwili schodziła po schodach. W hallu czekał na nią Dick Sharper, wpatrując się zamyślonym wzrokiem w bliżej nie określony punkt ściany. Ocknął się, kiedy usłyszał szybko stawiane kroki murzynki. Wziął od niej bagaż i wyszli z budynku, zdążając ku zaprzężonemu w dwa konie powozowi, który miał ich zawieźć do portu.
Patrick Turner jeszcze długo stał w oknie wpatrując się w drogę, na której ostatni raz zobaczył swoją ukochaną opiekunkę.
* * *
Rosaline spojrzała na zmęczoną twarz oficera Navy.
- Zadziwiasz mnie Dick. Jeszcze kilka lat temu każdego dnia musiałeś walczyć o życie, a wyglądałeś o wiele lepiej niż niejeden trzydziestolatek. Dzisiaj nie musisz się już martwić o własne życie, ba, od pół roku nie musisz się nawet martwić o piratów, bo chyba wszystkich wybiliście. Wyglądasz tymczasem jak zmęczony życiem starzec, któremu jest obojętne wszystko, co się dzieje naokoło.
Dick nie odpowiedział. W ogóle, murzynka miała wrażenie, że nie usłyszał nawet słowa z tego, co mu przed chwilą powiedziała. Po chwili jednak kapitan Navy westchnął głośno.
- Zabrali mi ją.
Rosaline zmarszczyła brwi.
- Kogo?
- Moją Gwiazdę...
- Przepraszam Cię, Dick, ale nie rozumiem...
Znów nastała ta denerwująca cisza. Powóz zatrzymał się. Sharper bez słowa wyszedł i podał rękę starej murzynce.
Dopiero po chwili Rosaline zorientowała się, że stoi przed „Affluence” – okrętem, który pod dowództwo otrzymał pół roku temu Dick. Spojrzała pytająco na kapitana.
- Wysyłają mnie na Tortugę jako „ochronę” jednego z kupców, z którymi Navy w ostatnim czasie zawarło umowę. Gubernatorowi wydaje się, że nie wiem o co mu chodzi... – spuścił głowę w niemym proteście. – Oni... oni chcą mi zabrać okręt...
Odwrócił twarz, chcąc ukryć napływające do oczu łzy. Stali tak kilka minut, bez słowa wpatrując się w tętniący życiem okręt. Mimo współczucia, murzynka musiała przyznać, że HMS ”Affluence” to wspaniała jednostka. Sharper nie podzielał jej zdania. Nienawidził tego okrętu równie bardzo jak swojego nowego życia.
* * *
Dzięki sprzyjającym wiatrom HMS „Affluence” i kupiecka „Maria Magdalena” bardzo szybko zbliżały się do Tortugi. Dick został dokładnie zapoznany z planem: Jego okręt miał zostać ukryty poza zatoką w której znajdował się port i dołączyć do kupieckiej fregaty zaraz po tym, jak ta wypłynie na pełne morze.
Mimo to Dick postanowił towarzyszyć Rosaline w zejściu na ląd i rozglądnąć się po dawno nie odwiedzanym mieście. Kiedy więc pierwszy oficer zapukał do kajuty oficerskiej i oświadczył, że Tortuga pojawiła się na horyzoncie, Sharper wydał rozkaz zbliżenia się do „Marii Magdaleny”, przebrał się w zwykłe ubrania, które przyniosła mu dzień wcześniej Rosaline (ciągle zastanawiał się, skąd kobieta wiedziała jeszcze w Port Royal o jego zamiarach, skoro decyzję o zejściu na ląd podjął już na morzu). Kiedy dwa okręty zbliżyły się do siebie, kapitan przekazał dowództwo oficerowi i wraz z murzynką przeszedł na pokład handlowej fregaty.
Kiedy nogi Dicka dotknęły stałego lądu, poczuł, jakby z serca spadł mu wielki głaz. Niepewnym krokiem ruszył za Rosaline, która najwyraźniej na Tortudze czuła się jak w domu. Już po chwili zdziwiony kapitan był świadkiem, jak murzynka wydziera się po dwóch wyrośniętych piratach, wpycha im do rąk swoje bagaże i głosem, o który mógł podejrzewać chyba tylko samego diabła, klnie jak szewc na widok upitego do nieprzytomności żeglarza, który (jak wywnioskował z monologu przyjaciółki) był jej winien pokaźną sumkę. Kiedy szli tak zatłoczonymi ulicami miasta piratów, Dick Sharper ze zdziwieniem odkrył, że po raz pierwszy od wielu tygodni czuje się spokojny i rozluźniony. Nie wiedział, czy jest to spowodowane wszechobecnym zapachem rumu, który działał na jego zmysły nieco otępiająco, czy może świadomością, że nie ma tutaj nikogo ze znienawidzonej ostatnimi czasy Navy. Pierwszy raz od wielu miesięcy czuł się wolny i prawdę powiedziawszy nie miał pojęcia co z tą wolnością zrobić.
Podążając za Rosaline Dick i dwaj piraci niosący bagaże opuścili gwarne centrum Tortugi i dotarli na obrzeża miasta. Sharper z nieukrywaną ciekawością przyglądał się tajemniczej, niemal całkowicie opustoszałej dzielnicy. Było tu tak cicho, że chwilami wydawało mu się, że jest w mieście umarłych. Nie był pewien, czy jest zadowolony z tego, że nie został w centrum. Właśnie chciał zapytać murzynki, czy nie przeszkadzałoby jej, gdyby wrócił do portu, kiedy ta wskazała ręką jeden z budynków. Dick ze zdumieniem odkrył, że to jedyny dom, w którym widoczne były ślady życia – przez zabrudzone okno dostrzegł nikłe światło świec i ruch, jakby ktoś właśnie wstawał z krzesła.
Faktycznie, nie minęło kilka sekund a w drzwiach pojawiła się zgarbiona postać cyganki. Kapitan „Affluence” patrząc na nieznajomą przeżył szok – kobieta wyglądała jakby właśnie wstała z grobu – zapadnięte policzki, twarz przeorana niezliczoną ilością zmarszczek, rzadkie, wychodzące spod kolorowej chusty włosy... i oczy, hebanowo czarne, błyszczące jak dwie krople w słońcu... Jednocześnie straszne i tajemnicze.
Rosaline wpatrywała się w kobietę z podziwem. Po chwili podeszła do niej i pokłoniła się mówiąc:
- Atia Rubina... witaj o Pani...
Cyganka pochyliła głowę i spojrzała w oczy Rosaline. Pomimo całej niezwykłości sceny, która się przed nim rozgrywała, Dick pomyślał przez chwilę, że kobiety wyglądają komicznie – zazwyczaj poważna i wyniosła murzynka niemal klęcząc na ziemi wpatrywała się z uwielbieniem w dziwaczną, pokurczoną staruszkę, która miała na szyi więcej sznurów korali niż włosów na głowie.
Po chwili przeszywający wzrok starej cyganki przeniósł się na Dicka.
- Wejdźcie do środka. – powiedziała irytująco skrzekliwym głosem. Sharper bynajmniej nie miał zamiaru pić herbatki w tak dziwacznym towarzystwie, dlatego wymruczał pod nosem jakieś niedorzeczne wytłumaczenie, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę miasta.
Nie zdążył jednak zrobić nawet pięciu kroków, kiedy poczuł uścisk dłoni Rosaline na ramieniu. Murzynka spiorunowała go wzrokiem i z niebywałą siłą zaczęła ciągnąć w stronę rozlatującego się budynku.
Wnętrze domu cyganki było tak samo odrażające jak i ona sama. Już przy wejściu Dicka uderzył zapach spalenizny wymieszany z wonią kadzidełek. Musiało minąć kilka minut, zanim zaczął rozpoznawać w ciemności kolejne części niewielkiego pomieszczenia.
Na samym środku stał niewielki okrągły stół, na którym, ku przerażeniu Dicka, leżały wnętrzności jakiegoś zwierzęcia ułożone w znak krzyża. Z sufitu zwisały różne rodzaje ziół, pióra ptaków i butelki pełne dziwnie zabarwionych płynów. Krzesła były tylko dwa, więc Sharper musiał zadowolić się przytulnym (bo pozbawionym jakichkolwiek zwisających przedmiotów) kątem, w którym znajdował się dziwny mebel, prawdopodobnie służący cygance jako sofa bądź łóżko. Sharper przysiadł w rogu i starając się nie zwracać na siebie uwagi zaczął obserwować Rosaline i Atię Rubinę.
Kobiety tymczasem usiadły bez słowa przy stole. Nastała chwila ciszy, podczas której obie wpatrywały się w rozłożone na nim wnętrzności.
- Kilka miesięcy temu poprosiłam znajomego by dostarczył ci list – Rosaline przerwała milczenie. – Mam nadzieję, że wywiązał się z obietnicy?
Cyganka pokiwała głową, na co na twarzy murzynki odmalował się wyraz satysfakcji.
- No więc? Co o tym myślisz?
Stara kobieta jeszcze raz pokiwała głową.
- Niewątpliwie wkrótce rozegra się walka, której zwieńczeniem będzie albo wieczny chaos, albo ład i harmonia, której wszyscy oczekują.
Rosaline poruszyła się niespokojnie.
- To znaczy że losy tej wojny nie są jeszcze znane?
Atia Rubina chwilę milczała, a później przeniosła wzrok na siedzącego w rogu Dicka. Kiedy przemówiła, nie było do końca jasne do kogo się zwraca.
- To, co należy do Życia, musimy oddać Życiu. To, co należy do Śmierci, do Śmierci należeć będzie zawsze. Choćby trzeba było poświęcić szczęście wielu dusz, Śmierci należy zwrócić jej własność.
Słowa cyganki wywołały w mężczyźnie nieprzyjemne dreszcze. O czym ona mówi? I dlaczego zwraca się do niego, prostego żeglarza? Czy nie za dużo miał już kłopotów w życiu?
- Powiedz, Pani, co my możemy zrobić, by losy wojny rozstrzygnęły się po naszej myśli? – przytomny głos Rosaline wydał się Dickowi światełkiem w tunelu nie zadanych pytań.
Cygańska kobieta zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu, jakby czegoś szukając. Po chwili wstała i ze stosiku tkanin, którego Sharper wcześniej nie dojrzał, wyciągnęła dosyć duży kawałek czarnego materiału, który wręczyła murzynce.
- Wyhaftuj na tym morze, miłość i śmierć. Na razie tylko tyle możemy dla nich zrobić.
* * *
Dick pozostał na Tortudze jeszcze dwa dni. Trzeciego dnia o świcie wyszedł z karczmy w której wynajął pokój (Rosaline namawiała go do pozostania u Atii Rubiny, jednak on uciekł z domu dziwacznej kobiety jeszcze tego samego dnia którego przybyli na Tortugę i obiecał sobie, że już nigdy się tam nie zjawi.) i ruszył spokojnym krokiem w stronę portu. Dotarł na „Marię Magdalenę” po kilkunastu minutach. Szklankę później opuszczał nie bez sentymentu port Tortugi, zastanawiając się kolejny raz w przeciągu ostatnich dni, co miały znaczyć słowa starej cyganki. Oparty o reling zamknął oczy i wsłuchał się w odgłos fal uderzających o wysokie klify.
Z zamyślenia wybudził go dochodzący z niedaleka huk dział pokładowych. Po krótkiej chwili jedna z kul trafiła z łoskotem w kadłub „Marii Magdaleny”.
Na pokład wybiegł zdenerwowany kapitan.
- Co się dzieje do jasnej cholery!?
- „Affluence” nas atakuje! – krzyknął z bocianiego gniazda jeden z marynarzy. – Kapitanie! Oni...
Nie usłyszeli więcej, bo kolejna salwa przeleciała obok okrętu. Jedna lub dwie kule wybiły kolejne dziury w kadłubie.
Zanim Dick zdążył połapać się w sytuacji, „Affluence” zetknęła się burta w burtę z „Marią Magdaleną”. Chmara piratów (bo to na pewno nie była załoga Sharpera) wtargnęła na pokład. Rozgorzała nierówna walka pomiędzy po zęby uzbrojonymi piratami a niczego niespodziewającymi się marynarzami okrętu handlowego.
Dick starał się przedostać do mostka kapitańskiego i pomóc kapitanowi „Marii Magdaleny”. Jednak na miejsce każdego pokonanego przeciwnika natychmiast pojawiało się dwóch kolejnych. Powoli zaczął tracić siły – jego ruchy stawały się coraz wolniejsze, jednemu z piratów udało się nawet przebić przez jego obronę i pozostawić po sobie duże rozcięcie na udzie. Czuł, że dłużej nie wytrzyma.
I w tym momencie wśród tłumu piratów pojawiła się znajoma twarz. W jednym z rozbójników rozpoznał pirata, który kilka dni wcześniej niósł Rosaline bagaż. Ze zdumienia nie zauważył, jak opada na jego głowę kolba pistoletu trzymanego przez jednego z napastników.
Poczuł tępy ból w czaszce i osunął się na pokład.
* * *
Kiedy się obudził, przez chwilę wydawało mu się, że oślepł. Dopiero po kilku minutach, kiedy oczy przywykły do ciemności, zdołał dostrzec, że znajduje się w domu Atii Rubiny. Spróbował wstać, ale poczuł mocny, pulsujący ból w skroniach i opadł z jękiem na poduszkę.
- Paskudna rana. Nie powinieneś był się bronić. – z ciemności wyłoniła się postać Rosaline.
Starając się zapomnieć o bólu wyszeptał:
- Mogłaś po prostu powiedzieć, żebym nie wyjeżdżał. Porywanie statku nie było najlepszym pomysłem.
- Oczywiście że było. – murzynka przysiadła na brzegu łóżka i podała mu kubek chłodnej wody. – Gdybyś sam zdecydował o pozostaniu, Navy wzięłaby cię za zdrajcę a „Affluence” odpłynąłby bez ciebie. Dzięki mojej intrydze nadal jesteś kapitanem okrętu, a na dodatek tak jak chciałam pozostałeś na wyspie. Proste i genialne.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- A moja głowa? Czyżbyś w swoim planie nie uwzględniła bezpieczeństwa mojej głowy?
Na twarzy kobiety pojawił się złośliwy uśmiech.
- Faktycznie, nie przewidziałam, że jesteś na tyle głupi, by bronić się w beznadziejnej sytuacji. Prawdę powiedziawszy myślałam, że kiedy zorientujesz się, że nie macie szans na wygrane, po prostu skapitulujesz.
Prychnął pod nosem.
- Przepraszam, że cię rozczarowałem. – mruknął, przykładając kubek do ust. Picie w pozycji leżącej okazało się jednak niezbyt dobrym pomysłem. Strużki chłodnej wody polały się mu po brodzie, aby następnie zrosić koszulę. Zaklął pod nosem.
Murzynka uśmiechnęła się lekko i wzięła mu kubek.
- Na razie wystarczy. Powiedz mi lepiej kiedy się zorientowałeś, że to moja zasadzka.
- Zobaczyłem jednego z piratów, którym kazałaś nieść bagaże do cyganki kiedy przypłynęliśmy na Tortugę.
- Aaa... tak... Roberts był mi winien małą przysługę... – zamyśliła się. – No, ale dosyć gadania. Powinieneś się dobrze wyspać, wypoczęty poczujesz się lepiej.
- I co niby mam robić, kiedy już wyzdrowieję? – zamknął oczy nasłuchując odpowiedzi.
- Nic. Po prostu cieszyć się wolnością. Myślę, że na Tortudze jest to łatwiejsze niż w jakimkolwiek innym miejscu na Karaibach.
* * *
Tygodnie spędzone na Tortudze wydały się Dickowi wspaniałym, niekończącym się snem. Kiedy już głowa i szrama na nodze przestały mu dokuczać, postanowił zwiedzić niezamieszkałą część wyspy i zagłębić się w nie do końca znane mu zakamarki pirackiego raju. Całymi dniami spacerował po wysokich klifach, piaszczystych plażach, od czasu do czasu zagłębiając się w puszczę. Wieczory spędzał zazwyczaj w mieście, słuchając opowieści starych wilków morskich o sztormach, potężnych szkwałach i nie odkrytych skarbach.
Do Atii Rubiny i Rosaline, która zamieszkała u cyganki, zaglądał rzadko. Nie wiedział dlaczego, ale dom starej kobiety wydawał mu się straszny, jakby nawiedzony. Jeśli więc nie musiał, najchętniej omijał go szerokim kołem.
Pewnego wieczoru postanowił zawitać do niewielkiej karczmy „Pod Pijaną Świnią”. Usiadł przy jednym z wolnych stolików, kiwnął na barmana i wpatrzył się w bliżej nieokreślony punkt w ścianie.
Stary człowiek podszedł do niego lekko kulejąc.
- Czego dusza pragnie?
- Dużego kufla rumu, przyjacielu.
Mężczyzna pokiwał głową i ruszył w stronę lady. Po kilku minutach powrócił ze złotym napojem. Dick nie był pewien, czy w kuflu było więcej brudu czy rumu, jednak zapłacił i już miał wziąć się za picie, kiedy przyszło mu coś do głowy.
- Słuchaj, przyjacielu, wiesz może kto mieszka w tej wielkiej posiadłości po drugiej stronie wyspy?
Barman łypnął na niego spode łba.
- Ja tam nic nie wiem...
Sharper spojrzał wymownie w sufit. Podczas dzisiejszej wędrówki dojrzał w oddali olbrzymi dom, który musiał należeć do kogoś zamożnego. Przez cały dzień zastanawiał się, co za człowiek buduje w takim miejscu tak bogatą willę.
Rzucił barmanowi dwie monety. Ten chrząknął wymownie i pochylił się nad Dickiem.
- Ten pirat, Adams. Nieźle się urządził, co? Żył bezpiecznie, nie przejmując się Kompanią ani Navy, aż tu nagle spotkał młodą cizię, zakochał się i kilka tygodni później już leżał w grobie.
- To ta... cizia... Ona teraz tam rządzi?
Starzec uśmiechnął się chytrze.
- Obawiam się, że zadajesz za trudne pytania.
Rzucił mu kolejne dwie monety. Już dawno nauczył się, że na Tortudze każda informacja ma swoją cenę.
Barman schował monety za pazuchą.
- Cizia znikła tak samo szybko jak się pojawiła. Jakby zależało jej tylko na śmierci biednego Adamsa. Ludzie mówią, że tylko pierścionek zaręczynowy wzięła. Mnie tam się wydaje, że ktoś ją musiał wynająć.
Dick pokiwał głową. Ostatnimi czasy do Port Royal docierało coraz więcej wiadomości o śmierci pirackich kapitanów. Adams, którego zresztą kiedyś znał osobiście, nie był pierwszą ofiarą.
„Zapewne nie będzie też ostatnią” – przemknęło mu przez myśl. Odprawił barmana i zaczął gorączkowo zastanawiać się, którzy piraci pozostali jeszcze przy życiu. W umyśle począł mu się tworzyć klarowny obraz sytuacji.
Pozostał Sparrow.
Z niedowierzaniem pokręcił głową. Sparrow nie mógł być zdolny do czegoś takiego. Zresztą był jednym z pirackich Lordów, wiązał go kodeks...
Nagle poczuł, że robi mu się gorąco. Fakty zaczęły się łączyć tworząc jedną, zgraną całość.
Sparrow zniknął pół roku temu. Od tego czasu nikt nie widział ani jego, ani „Czarnej Perły”.
Wstał i ruszył szybkim krokiem w stronę portu.
Jeśli Sparrow nie żyje, to znaczy że nie pozostał już nikt.
Nikt, oprócz kapitana Dicka Sharpera.
* * *
Jack Sparrow przechadzał się nerwowo po mostku kapitańskim. Co chwilę spoglądał na Sarę, która w drżącej dłoni trzymała kompas.
- Na pewno tutaj? – Jack spojrzał na wysokie klify wyłaniające się z mgły.
- Na pewno.
- Ale jesteś tego pewna? Nie masz tu jakiegoś kochanka? Albo... no nie wiem... jakiejś posiadłości do której chciałabyś wrócić? Albo...
- Sparrow, czy możesz się zamknąć? Jest mi zimno, kilkanaście minut temu słońce wyszło zza horyzontu, więc powinnam jeszcze smacznie spać, ale NIE. Czym bardziej intensywniej myślę o tym twoim Luchtarze, tym wyraźniej kompas wskazuje na to miejsce.
- Ale tu nic nie ma! Tylko jakieś cholerne klify!
Przewróciła oczami.
- A nie wpadłeś na to, że facet może mieszkać gdzieś indziej niż nad samym brzegiem morza?
- No jasne! Nie ma to jak pchać statek dwadzieścia mil w stronę morza, żeby później zrzucić go z wysokiego na dwieście stóp klifu!
Po dłuższym zastanowieniu panna Turner musiała przyznać Jackowi rację. Zniechęcona brakiem perspektyw na jakąkolwiek zmianę sytuacji, postanowiła zejść Jackowi z oczu i porządnie się wyspać. Zeszła więc z mostka, pozostawiając kapitana ciągle krążącego wokół koła sterowego i udała się do w miarę ciepłej kajuty oficerskiej.
Jack spojrzał tęsknym wzrokiem na wyspę. Dlaczego to musi być takie trudne? Odwrócił się na pięcie i zbiegł z mostka.
- Panie Branchflower! – zawołał przez cały pokład. Nawigator, który jeszcze przed chwilą stał wpatrzony w morze, odwrócił się do kapitana.
- Aye, sir?
Jack podszedł do Todda i oparł się o reling.
- Jest tu jakieś miasto?
Pirat zamyślił się. Spojrzał w stronę wysokich klifów.
- Wydaje mi się... że jeśli będziemy płynąć ciągle wzdłuż wybrzeża, to w ciągu dnia, może dwóch dotrzemy do portu.
Jack zmarszczył brwi.
- Będzie tam bezpiecznie?
- Jeśli mam być szczery, to nigdy tam nie byłem. Myślę, że nie będzie tam Navy... ani tym bardziej Kompanii... Oni rzadko zapuszczają się na północ...
Kapitan skinął głową.
- Dobrze. Teraz przejmie pan ster. Jeśli w zasięgu wzroku pojawi się jakieś miasto, od razu mnie powiadomcie.
Skrzywił się, kiedy przez głowę przemknęła mu straszna myśl. A co, jeśli Branchflower się myli? Irlandia wydawała się miejscem opuszczonym przez Boga. Co więc będzie, jeśli nie znajdą żadnej osady?
* * *
Kilka minut po zachodzie słońca dostrzegli ciemne kontury licznych budynków. Wszyscy z zapałem wzięli się do pracy, dostrzegając pierwszą od wielu miesięcy szansę na zabawienie się. Jack jednak, chcąc jak najwięcej dowiedzieć się od tubylców, postanowił chuchać na zimne i zakazał jakichkolwiek rabunków i gwałtów. Rozdał zachwyconym piratom po kilka monet wolnym krokiem ruszył na mostek kapitański, gdzie stały już Sara i Anabella.
- Obawiam się Jack, że ta mieścina nie spełni oczekiwań twoich ludzi. – brwi rudowłosej uniosły się nieco.
Kapitan skrzywił się.
- Jeśli masz lepszy pomysł, nie krępuj się. Wyjaw go mnie i całej załodze.
- Czyżby wszechwiedzący Jack Sparrow nie wiedział co robić? No niespotykane!
Pirat przewrócił oczami.
- W przeciwności do niektórych, moje wizje i pomysły muszą dojrzeć. Dzięki temu ZAWSZE są genialne.
- Ależ oczywiście! – Ana roześmiała się. – Co więc stało się z twoją niezawodnością kiedy postanowiłeś tu przypłynąć?
- Nic się nie stało! Może twój ograniczony umysł tego jeszcze nie zauważył, ale to jest daleko idący plan i do jego realizacji potrzeba czasu!
- Sugerujesz że jestem ograniczona umysłowo, tępy jełopie!?
- Gdybyś nie była ograniczona nie zadawałabyś głupich pytań i wiedziałabyś, że tak!
- Ty pieprzony łajnorobie! Odwołaj to!
- Sama sobie odwołuj ty...
Dalszego rozwoju kłótni Sara nie słyszała. Ze zdziwieniem wpatrywała się w cień największego zacumowanego w zatoce okrętu. Coraz bardziej zdziwiona wyjęła lunetę i spojrzała przez nią na dziwny statek.
- Joe! – zawołała Murzyna i podała mu lunetę. - Spójrz na ten okręt. Czy mnie się zdaje, czy to naprawdę jest DŻONKA*?
Wielki Joe stał przez chwilę nieruchomo a później odjął lunetę od oka i spojrzał na przełożoną.
- Nie, pani kapitan. Nie zdaje się pani. To jest naprawdę dżonka. Chińska dżonka.
*Dżonka - chiński statek. Dżonki posiadają od jednego do pięciu masztów i charakteryzują się płytkim zanurzeniem. Ze względu na niewielką ilość dział chińscy piraci tworzyli floty złożone z dżonek, z którymi pojedynczy statek nie miał szans.
Chińskie dżonki zostały ukazane w filmie "Piraci z Karaibów": Na krańcu Świata". To właśnie dżonką główni bohaterowie połynęli na tytułowy kraniec świata.
komentarze [19]
IX. Wstaje nowe Słońce. >> sobota, 24 maja 2008 12:31:01
Kiedy Jack Sparrow otworzył oczy, nie mógł nie zauważyć grzywy ognistoczerwonych, rozczochranych włosów, rozłożonych na poduszce w taki sposób, że początkowo wziął je za niezwykle dziwny zachód słońca. Po chwili, kiedy przypomniał sobie wczorajszą noc, a w burzy loków ujrzał kobiecą twarz, uśmiechnął się pod nosem i jak najciszej wstał z koi.
Ubrawszy się i założywszy na głowę swój nieodłączny kapelusz postanowił wyjść na pokład i sprawdzić, jak piraci radzą sobie ze sprzątaniem po burdzie.
Słabe słońce stało już wysoko nad horyzontem, ale pokład wiał pustką. Niewielu żeglarzy wzięło się za porządki, nie mówiąc już o szorowaniu pokładu. Sparrow, którego świeże powietrze nieco pobudziło do życia, zaczął rozglądać się za Wielkim Joe, który, o ile dobrze pamiętał, miał teraz sprawować wachtę.
Murzyna jednak nigdzie nie było. Rozzłoszczony z powodu nieładu panującego na pokładzie kapitan zaczął wydawać rozkazy. Po kilku minutach zewsząd pojawili się zmęczeni piraci i, przezwyciężając ciężkiego kaca, powoli zabierali się do roboty.
Usatysfakcjonowany pirat uśmiechnął się pod nosem, ciągle poszukując wzrokiem zaginionego murzyna. Kiedy w tłumie dojrzał stojącego przy relingu Ericka Rockstona, postanowił wypytać go o czarnego kamrata w nadziei, że chociaż on nie przeholował ostatniej nocy z alkoholem.
- Erick! – krzyknął przez pół pokładu, starając się nie zauważać pomruku niezadowolenia piratów, dla których nawet szum morza był dziś hałasem nie do zniesienia. – nie widziałeś Wielkiego Joe? Miał mieć teraz wachtę i pilnować sprzątania pokładu.
Erick odwrócił się i spojrzał na Jacka takim wzrokiem, że ten stanął jak wryty i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie mógł wydusić z siebie nawet słowa. W oczach młodego pirata kryła się taka nienawiść, że przy nim nawet Barbossa wydawał się kapitanowi „Perły” milutkim pieskiem morskim.
Zanim blond włosy pirat odwrócił się by odejść, w jego oczach zamigotało coś jeszcze – jakby strach połączony z poczuciem winy. Tego już jednak Sparrow nie widział, zaabsorbowany napuchniętą wargą kamrata i jego rozciętym czołem.
Przywołał do siebie Gibbsa.
- Pozwoliłem wam zrobić burdę, ale nic nie wspominałem o laniu się po mordzie.
Borsukowaty pirat podrapał się po głowie.
- Nikt się do tego nie przyznał, kapitanie. Prawdę powiedziawszy podejrzewam Wielkiego Joe, bo nagle gdzieś przepadł. Nie zdziwiłbym się, gdyby siedział gdzieś w okolicach kuchni z podbitym okiem i obrażoną dumą.
Kapitan popukał się po głowie i spojrzał z politowaniem na podwładnego.
- Przy murzynie Erick jest jak małe dziecko. A jeśli on wyszedł z tego z opuchniętą wargą i rozbitą głową, to znaczy że albo żadnej walki w ogóle nie było, albo Joe szedł korytarzem i niechcący popchnął Rockstona... No cóż, Gibbs. Twoje zadanie na dzisiaj to znaleźć murzyna i wyciągnąć z Ericka co się stało. Nie mam zamiaru za tydzień znaleźć chłopaka martwego pod pokładem...
Borsukowaty pirat westchnął i powolnym krokiem ruszył w stronę mostka kapitańskiego, na którym stał teraz Erick Rockston, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt na oceanie.
Nie mając nic innego do roboty, Jack postanowił zrobić standardowy obchód okrętu, który jak to miał w zwyczaju, musiał się rozpocząć od odwiedzin w kajucie oficerskiej.
Przywołał uśmiech na twarz i, jak zwykle nie pamiętając o zasadach dobrego wychowania otworzył drzwi prowadzące do oficerki.
To, co tam zobaczył, po raz drugi tego poranka wprawiło go w osłupienie.
Na koi siedział Wielki Joe. Odwrócił się do kapitana, surowym wzrokiem nakazując mu ciszę. Gdyby Sparrow nie wiedział, że na pokładzie nie ma żadnego dziecka, mógłby przysiąc, że około dwunastoletnia dziewczynka śpi mu w ramionach. Dopiero po chwili, kiedy oczy kapitana przyzwyczaiły się do panującego w kajucie półmroku, zdołał dostrzec pewne podobieństwo tajemniczej postaci do Sary Turner, która faktycznie w olbrzymich ramionach murzyna wydawała się małym dzieckiem.
Sparrow podszedł do pirata i pochylił się, chcąc sprawdzić, czy dziewczyna śpi. Od razu rzuciła mu się w oczy potargana koszula, liczne zadrapania na ciele i suche ślady po łzach na jej policzkach. Pytająco spojrzał na czarnego kamrata, który przytulał mocno swoją podwładną.
- Na pięć minut odszedłem od jej kajuty... – powiedział grobowym szeptem, starając się nie patrzyć w oczy kapitana, w którym powoli zaczynała się kotłować złość.
- Kto? – wycedził przez zęby, starając się opanować całą złość, która lada moment mogła w nim wybuchnąć jak wulkan.
Tym razem murzyn zwrócił się w stronę kapitana. W tym samym momencie Jack dostał olśnienia – skoczył na równe nogi i szybko niczym kometa przebiegł przez statek. Kiedy zobaczył Gibbsa kłócącego się o coś zawzięcie z Pintelem, chwycił ich obu za rękawy i jak tylko najspokojniej potrafił powiedział:
- Przyprowadzić mi tu zaraz Rockstona. Ma dostać czterdzieści batów. A potem zamkniecie go w celi i niech siedzi bez jedzenia i picia przez dwa dni.
Żeby nie wyładowywać swojej wściekłości na kamratach puścił ich i ruszył w stronę kajuty kapitańskiej. Po chwili usłyszał przerażony głos Gibbsa:
- Jack, za co?
Trzymając już klamkę w dłoni odwrócił głowę.
- On bardzo dobrze wie za co.
_ _ _ _ _ _ _ _
Kiedy wszedł do kajuty, Anabella siedziała przy biurku i studiowała jedną z map Wielkiej Brytanii. Usłyszawszy kroki kapitana podniosła głowę i uśmiechnęła się. Kiedy ten nie odwzajemnił uśmiechu i z dziwną miną rzucił się na koję, zmarszczyła brwi i podeszła do kapitana.
- Stało się coś niedobrego, prawda?
Nie odezwał się. Rudowłosa przewróciła oczami i wróciła z powrotem na krzesło. Zwinęła mapy i jeszcze raz spojrzała na pirata. Ten jednak nadal milczał, więc ubrała buty i szybkim krokiem skierowała się w stronę wyjścia.
- Nie idź tam.
Odwróciła głowę słysząc zmieniony głos kapitana.
- Gdzie mam nie iść?
- Do oficerskiej. Zresztą na pokład też na razie nie wychodź.
Jakby na potwierdzenie tych słów zza drzwi rozległ się świst opadającego bata. Ana z niepokojem spojrzała na Sparrowa.
- Jack, wytłumaczysz mi to? Musiało stać się coś naprawdę złego jeśli kazałeś wychłostać jednego z ludzi.
Pirat jednym ruchem podniósł się z koi i podszedł do balkonu rufowego. Otworzył zdobione drzwi, a w kajucie jeszcze głośniej rozległ się odgłos opadającego bata i czyjegoś pojękiwania. Kapitan stał przez chwilę nieruchomo, zdając się rozkoszować tym strasznym hałasem.
- Źle zrobiłem że cię tu przyprowadziłem. W nocy powinnaś była siedzieć w oficerskiej.
Podeszła do pirata i popatrzyła mu prosto w oczy.
- Chodzi o Sarę? Co jej się stało?
- Rockston chciał... – głos kapitana załamał się. Ana zerwała się jak oparzona i wybiegła na pokład. Sparrow nie zatrzymywał jej.
Wpatrzył się w coraz bardziej oddalającą się wyspę i westchnął. Biorąc na pokład Sarę widział w niej tylko dobry interes – dobra piratka potrzebująca pomocy w zdobyciu szybkiego i zwrotnego statku. Wystarczyło ją udobruchać, wysunąć propozycję współpracy i już mógł szykować się do awansu do rangi komodora małej pirackiej floty.
Ale kiedy przed chwilą zobaczył ją taką zapłakaną, śpiącą w ramionach Wielkiego Joe, kapitan Sparrow zrozumiał, że ta cała „współpraca” nałożyła na niego masę obowiązków. Sara Turner była przecież córką jego przyjaciela! Jeśli ją znalazł, jeśli jest na jego statku, to znaczy że jej bezpieczeństwo jest w jego rękach...
Z rozmyślań wyrwało go pukanie do drzwi. Po chwili do kajuty wszedł Gibbs.
- Kapitanie... melduję, że Rockston dostał czterdzieści batów i eee... jeszcze trochę w twarz od panny Black... no w każdym razie teraz siedzi zamknięty pod pokładem.
- Dobrze – Jack zamknął okiennicę i ruszył w stronę drzwi. – Kto stoi teraz za sterem?
- Branchflower, kapitanie.
- Proszę mu powiedzieć, że ma zastąpić w obowiązkach Wielkiego Joe. Sam stanę za sterem.
Borsukowaty pirat zasalutował i pobiegł w stronę mostka kapitańskiego.
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna szedł szybkim krokiem ulicami opuszczonego miasta. Jego kamienna twarz nie wyrażała żadnych uczuć, zdradzały go jednak zaciśnięte w pięści dłonie.
Po kilku minutach brunet zauważył kobietę siedzącą na dachu jednego z domów. Podszedł pod budynek i zawołał:
- Zejdź natychmiast! Musimy poważnie porozmawiać!
Minęło kilka sekund i blondynka pojawiła się na ulicy. Trzeba przyznać, że była piękna – złociste loki opadały na jej ramiona, niebieskie oczy wydawały się emanować tajemniczym blaskiem. Czarna suknia, którą miała na sobie kontrastowała z jej bladą cerą.
- Wołałeś mnie, kochany? – przywołała na usta uwodzicielski uśmiech. – Mam nadzieję, że masz dla mnie jakieś dobre wiadomości.
Przewrócił oczami i zamachnął się. Uderzył kobietę prosto w twarz. Ta upadła na ziemię z krzykiem, chwytając się za bolący policzek. Spojrzała ze złością na oprawcę.
- Jak śmiałeś?!
- Właśnie o to samo chciałem cię zapytać. Jak śmiałaś zahipnotyzować tego chłopaka?! Jak śmiałaś skrzywdzić tą niewinną dziewczynę?!
Złotowłosa wstała, otrzepując suknię z kurzu.
- Zasłużyła sobie – warknęła, natychmiast uchylając się przed kolejnym ciosem. – Nie widzisz jak ona cię omamia?!
Mężczyzna pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Bredzisz.
Ruszył z powrotem w stronę portu. Blondyna pobiegła za nim.
- Od kiedy to tak przejmujesz się losem śmiertelniczek? Od dnia w którym udałeś się na „Czarną Perłę” nie jesteś sobą! Znów zacząłeś przesiadywać w warsztacie Luchtara, nie widzisz świata poza tym całym statkiem! A powinieneś zacząć myśleć o swoich obowiązkach! Zamiast przesiadywać na tej wyspie i wzdychać do głupiej śmiertelniczki już dawno powinieneś wrócić na morze i...
- I co? Pilnować, by Jones nie zaniedbywał swoich obowiązków? Jakbyś nie zauważyła, to twoja zasługa że sam nie mogę przeprowadzać dusz na drugą stronę!
Doszli do portu. Mężczyzna zatrzymał się, spoglądając na zachodzące słońce. Nie oglądając się na towarzyszkę, wymruczał cichym głosem:
- Przysięgam, że jeśli jeszcze raz ośmielisz się ją skrzywdzić, osobiście cię zabiję. Ta piratka ma bez względu na wszystko dotrzeć do warsztatu Luchtara. I pamiętaj – odwrócił się, spoglądając złym wzrokiem na obrażoną kobietę. – Ona należy teraz do mnie i ani ty, ani nikt inny nie będzie decydował o jej losie.
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Kiedy się obudziła, słońce zaczynało zachodzić już za horyzontem. „Przespałam cały dzień!” – pomyślała, próbując zidentyfikować miękką poduszkę, na której spała.
Okazało się, że poduszką był śpiący Joe. Murzyn oparł się o ścianę kajuty i spał głębokim snem sprawiedliwego, lekko przy tym pochrapując. Sara uśmiechnęła się lekko i wstała z koi.
Dopiero po chwili dotarło do niej wszystko, co wydarzyło się poprzedniej nocy. W oczach dziewczyny pojawiły się łzy.
Nie, nie mogła pozwolić sobie na płacz. Musiała zapomnieć, dziś musiała myśleć pozytywnie. Czuła, że w przeciwnym razie nie będzie mogła wyjść na pokład.
Usiadła na krześle i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała okropnie. Oczy miała napuchnięte, na policzkach ciągle widoczne były ślady łez. Były też inne ślady po nocnym wydarzeniu – liczne zadrapania, napuchnięta warga... musiała to wszystko ukryć. Musiała wyjść na pokład.
Spojrzała na przyjaciela. Upewniwszy się, że jest pogrążony w głębokim śnie, ściągnęła zniszczoną koszulę, którą miała na sobie i poczęła się ubierać. Czarna koszula, ciemne spodnie, wysłużona kamizelka, pas z bronią – postanowiła już nigdy się z nim nie rozstawać – ubrała też płaszcz, na nogi założyła wysokie buty, na głowę kapelusz. Przez chwilę zastanawiała się, co zrobić z napuchniętymi wargami, po chwili jednak uznała, że ukryje je pod włosami, które będą jak zwykle powiewać na wietrze.
Tak ubrana zwróciła się w stronę drzwi. Przez chwilę targały nią wątpliwości. Bo jeśli... jeśli on tam jest? Jeśli tylko na nią czeka? Pokiwała głową. Na pokładzie pełnym ludzi nie mógłby jej niczego zrobić.
Przywołała dumna postawę i wciągnęła powietrze. Otworzyła drzwi.
Uderzyła ją fala chłodnego powietrza, kojąc w jednej chwili wszystkie zmysły. Zamknęła na chwilę oczy, by już po chwili ruszyć w stronę mostka kapitańskiego, starając się równocześnie nie zauważać, że nagle wszyscy przerwali pracę, spoglądając na nią z otwartymi ustami. Zaczęła się zastanawiać, czy to Rockston pochwalił się już wszystkim swoim wyczynem, czy też po prostu są zdumieni, że wyszła na pokład przed zapadnięciem zmierzchu.
- Sara! – podbiegła do niej Ana. Miała tak przerażony wzrok, że wydawało się, że zaatakowało ją przed chwilą coś, pokroju Krakena. – Sara! - Ściszyła głos tak, by inni nie usłyszeli o czym mówi. – Tak mi przykro... to wszystko moja wina...
Uśmiechnęła się smutno do przyjaciółki.
- Nie opowiadaj głupstw. Przecież nie możesz siedzieć całe życie w kajucie i mnie pilnować.
- Wiem, ale ja mogłam... zamiast... – opuściła głowę wyraźnie zawstydzona. Panna Turner poczuła nagle przypływ sympatii do Any, która, bądź co bądź, mimo swojego porywczego charakteru, była wspaniała przyjaciółką.
- Posłuchaj mnie – chwyciła ją lekko za ramię. – Nie gniewam się za to, że byłaś wtedy z Jackiem. Zresztą... niby dlaczego miałabym być zła?
Rudowłosa spojrzała na nią zdziwiona.
- Skąd ty...
Sara wyszczerzyła zęby.
- Joe jest dobrym źródłem informacji. Zresztą nieważne. Prawda jest taka, że nic się nie stało i muszę jak najszybciej zapomnieć o tym incydencie.
Anabella uśmiechnęła się i przytuliła przyjaciółkę.
- I tego się trzymaj.
Sara roześmiała się, spoglądając w stronę zejścia pod pokład.
- To co, może pójdziemy coś zjeść? Nie wiem jak ty, ale jestem strasznie głodna.
Rudowłosa pokiwała z entuzjazmem głową i obie ruszyły do kuchni. Sara na moment spojrzała w stronę mostka kapitańskiego, gdzie przy sterze stał Jack Sparrow. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że się jej przygląda z... no właśnie, z ulgą? Jakby właśnie ciężki kamień spadł mu z serca.
komentarze [12]
VIII. Wyspa zachodzących nadziei. >> czwartek, 20 marca 2008 10:17:09
Z okazji zbilżających się Świąt Wielkanocnych życzę wszyskim wszystkiego najlepszego, smacznego jajka, mokrego dyngusa i miłego spędzenia wolnego czasu!
Niech rum będzie z wami, Mates!
Nie przeciągając zapraszam na rodział.
Jak można się było spodziewać, na kapitanie „Czarnej Perły” latanie nad oceanem nie wywarło piorunującego wrażenia. Kiedy nad ranem Sarze udało się go wreszcie doprowadzić do stanu używalności po wypiciu zbyt dużej ilości rumu, statek na powrót zetknął się z taflą morza. Mimo potwierdzenia dziwnego zjawiska przez całą załogę, Jack nie uwierzył w opowieść o lewitacji czegoś tak wielkiego jak „Czarna Perła” i ku wzburzeniu panny Turner na powrót zamknął się w kajucie kapitańskiej.
- Mówiłam, że to dureń – Ana leżała wygodnie na hamaku i bawiła się kosmykiem włosów. – Następnym razem posłuchaj mojej rady i wyrzuć go za burtę. Jak poleci metr dłużej niż zwykle, to może mu się oczy otworzą.
Sara westchnęła i klapnęła zmęczona na koi.
- Następnym razem na pewno tak zrobię. Jeśli jednak ta morska świnia nie chce nam uwierzyć, to niech siedzi w swojej ukochanej kapitańskiej i chla rum. Ja w prowadzeniu statku mu nie pomogę.
Zamknęła oczy i jeszcze raz westchnęła.
- Ana, w co myśmy się wpakowały? Jesteśmy na okręcie człowieka, który ubzdurał sobie, że musi popłynąć na stary kontynent by odwiedzić pogańskie bóstwo i po ponad czterech miesiącach zaczynamy mieć zbiorowe halucynacje.
- Zapomniałaś jeszcze dodać, że w każdej chwili na horyzoncie może pojawić się „Latający Holender” i że wkrótce umrzemy albo z głodu, albo z zatrucia posiłkami nawiedzonego kuka okrętowego.
Słowa kamratki bynajmniej nie wywołały ironicznego uśmiechu na ustach Sary. Przez ostatnie tygodnie starała się nie myśleć o Jonesie, ale w snach ciągle prześladował ją jego olbrzymi okręt. Do tego dochodziły jeszcze wyrzuty sumienia po pozostawieniu przyjaciół na łasce demonicznego kapitana, który w każdej chwili mógł ich wszystkich skrócić o głowę.
Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Po chwili do kajuty wszedł nieco blady Branchflower.
- Pani kapitan... chciałbym z panią porozmawiać.
Sara usiadła zaintrygowana, z ciekawością wpatrując się w nawigatora.
- Coś się stało? – spytała niepewnie.
Pirat skrzywił się lekko.
- Sam nie wiem, jak to interpretować. Według moich obliczeń do Azorów powinniśmy dopłynąć w ciągu trzech najbliższych dni...
- No tak, mówiłeś nam to wczoraj. – Anabella zeskoczyła z hamaka i usiadła obok przyjaciółki. Ta uciszyła ją wzrokiem i zwróciła się do podwładnego.
- Zeszliśmy z kursu?
- Nie... tylko, widzi pani... po tym nocnym LOCIE... no... Azory są na horyzoncie....
***
- Pani kapitan, mamy wołać kapitana Sparrowa? – Gibbs wpatrywał się niepewnie w Sarę, co chwila zerkając na zamknięte drzwi kapitańskiej.
Piratka, stojąca teraz na mostku kapitańskim, pokręciła przecząco głową. Była pewna, że kiedy Jack zobaczy ląd, postara się, by nie miała zbyt wiele swobody i nie mogła zwiać na inny statek. A ona nie mogła dłużej siedzieć bezczynnie na „Czarnej Perle”. Fakt, było jej żal nowej załogi, zdążyła się już nawet przyzwyczaić do swojej bandy wariatów, ale pomysł płynięcia do kogoś, kto istnieje tylko w legendach, wydawał jej się tak niedorzeczny i absurdalny, że nikt nie, nawet sam Davy Jones, nie wymusiłby na niej pozostania na okręcie Jacka Sparrowa.
- Pani kapitan! – na mostku pojawił się nawigator. – Półtora mili od głównego portu jest pusta zatoka. Myślę, że tam moglibyśmy zacumować.
- Dobrze, panie Branchflower. Skieruje pan „Czarną Perłę” do zatoki. Gibbs, wyznacz ludzi do zdobycia zapasów. Reszta do żagli. Tylko żwawo, bo żaden nie wyjdzie na ląd!
Zbiegła z mostka i ruszyła przed siebie rozglądając się po tętniącym życiem pokładzie. W pewnym momencie napotkała wesoły wzrok Any.
- A ty, z czego się tak cieszysz, co? – spojrzała krzywo na przyjaciółkę.
- Z niczego, moja droga, z niczego – rudowłosa odgarnęła niesforny kosmyk opadający jej na twarz. – Przypomniałam sobie po prostu twoje słowa.
Sara zatrzymała i spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę.
- Jakie słowa?
- Hmm... jak to szło? Ach, tak... – panna Black wyszczerzyła zęby. – „. Przez najbliższe pół roku mam wszystko w dupie. Nie wydaję żadnych rozkazów, nie interesuje mnie nic, prócz kursu”. Stawiałam, ze wytrzymasz najwyżej cztery miesiące, i co? Miałam rację! Gibbs leci mi beczkę rumu!
Panna Turner przewróciła oczami.
- Ana, ty chyba naprawdę nie masz co robić na tym statku. Przy tobie to nawet Sparrow jest zapracowanym człowiekiem.
Kolejny uśmiech zagościł na ustach rudej piratki.
- Bo widzisz moja droga, Anabella Black została stworzona do wyższych celów.
Sara potrząsnęła z niedowierzaniem głową.
- A więc w służbie wyższego celu zejdź mi z oczu i nie pokazuj się póki nie przycumujemy do brzegu.
Anabella posłała jej mordercze spojrzenie, ale już po chwili ruszyła w stronę kajuty oficerskiej, pozostawiając Sarę samą. Kąciki ust piratki drgnęły, kiedy wpatrzyła się w horyzont. Świat bez Any byłby o wiele uboższy...
***
Słońce zaszło już za horyzont, kiedy „Czarną Perłę” zaczęli opuszczać pierwsi piraci. Niektórzy, którym dziwny wydawał się fakt, że kapitan Sparrow nadal nie wychodzi ze swojej kajuty, z niepokojem spoglądali na drzwi kajuty oficerskiej. Wreszcie, kiedy Gibbs odważył się po kilku godzinach od wpłynięcia do zatoki wyruszyć z delegacja do panny Turner, okazało się, że nie ma jej na okręcie bo opuściła go jako pierwsza i ruszyła do miasta. Nieco zdziwieni tym niezapowiedzianym zniknięciem marynarze udali się do kapitana Sparrowa, ten jednak, spity do granic możliwości, spał w najlepsze na własnej koi. Na nic zdało się szturchanie, wylewanie wody na twarz, czy informowanie o rabunku całego rumu. Dopiero krzyki panny Black nieco przywróciły go do życia, ale kiedy tylko załoga wyszła, Jack kolejny raz zapadł w drzemkę, tuląc do siebie pustą butelkę po trunku.
Tymczasem Sara dotarła do miasta, które okazało się całkiem inne od tych, do których przywykła. Na ulicach nie było żywej duszy, nawet szczury pochowały się gdzieś i, jakby przerażone samym pojawieniem się piratki, cicho popiskiwały ukryte w stertach siana i pustych beczkach.
„Jakbym była w mieście umarłych” – pomyślała, wchodząc do pierwszej napotkanej tawerny, w której świeciło się światło. Tam jednak także nie zastała nikogo. Zdziwiona do granic możliwości podeszła do lady, gdzie stały trzy niedopite kufle rumu. Panna Turner rozejrzała się po pomieszczeniu. Kufle, talerze, porozrzucane ławy, – wszystko świadczyło o tym, że jeszcze przed kilkoma godzinami ktoś tu był.
Piratka wbiegła na piętro i poczęła przeszukiwać kolejne pokoje. Tutaj także, mimo pozostawionych rzeczy, nie znalazła nikogo, . Nieco już przestraszona wybiegła z tawerny i poczęła iść szybkim krokiem w stronę portu. Przecież to niemożliwe, by wszyscy wyjechali!
Z niepokojem spoglądała w kierunku portu, ciągle nie mogąc zauważyć ani jednego masztu wystającego ponad niskimi budynkami. Przyspieszyła kroku, niemal już biegnąc. Nie, to nie wchodzi w rachubę! Nie popłynie do Brytanii ze Sparrowem!
Niestety, zatoka portowa okazała się tak samo pusta, jak i całe miasto. Sara ze wściekłością kopnęła w beczkę ustawioną przy budynku. Zaklęła pod nosem, czując ból w stopie. Zdziwiona odkryła, że po jej policzkach spływają łzy bezradności. Nie wiedząc co robić usiadła oparta o skrzynie i zakryła twarz dłońmi.
- Widzę, że widok opuszczonego miasta działa na Ciebie bardzo przybijająco.
Momentalnie skoczyła na nogi słysząc nieznajomy głos. Po drugiej strony ulicy, opierając się o ścianę jakiegoś budynku stał ciemnowłosy mężczyzna, wpatrujący się przenikliwie w Sarę. Piratka cofnęła się kilka kroków.
- Kim jesteś? Mieszkasz tutaj?
Obcy uśmiechnął się.
- Wybacz mi moją nieuprzejmość. Samuel Teach – ukłonił się lekko w stronę kobiety. – a co do twojego drugiego pytania, to nie. Nie jestem stąd. Przypłynąłem kilka godzin temu by uzupełnić zapasy.
Panna Turner spojrzała na niego podejrzliwie.
- Więc nie wiesz, gdzie wywiało tych wszystkich ludzi?
- Z przykrością stwierdzam, że nie mam pojęcia. Za to wiem, gdzie można zdobyć prowiant, choć z tego, co się orientuję, twoi przyjaciele także zdążyli odkryć to miejsce.
Nie odezwała się. Wydawało jej się bardzo podejrzanym, że ten człowiek tak po prostu spaceruje sobie po całkiem opuszczonym mieście i nawet nie zastanawia się co jest przyczyną zniknięcia kilku tysięcy osób. Poza tym, jeśli niedawno tutaj przypłynął, to człowiek na bocianim gnieździe powinien widzieć jego okręt. Chyba że...
- Płyniesz z Brytanii? Na południe?
Jeśli tak, to dlaczego nie miałaby zabrać się z nim? Jeśli na tej wyspie faktycznie nie ma nikogo oprócz nich, to stoi przed nią jedyna szansa na ucieczkę z „Czarnej Perły”!
Mężczyzna jednak pokręcił przecząco głową.
- Nie, panienko. Płynę do Brytanii, z wizytą do króla.
Iskierka zawiedzenia została stłumiona przez przebłysk grozy. A jeśli to wysoki rangą oficer Navy? Czemu była taka naiwna! Przecież w czasie ich rozmowy jego ludzie już dawno musieli okrążyć ją ze wszystkich stron. Przerażona rozejrzała się wokół.
- Przepraszam, panie Teach, ale muszę wracać na okręt. Obawiam się, że będę musiała nadzorować ładunek zapasów.
I już jej nie było. Spokojnym krokiem doszła do zakrętu, by następnie puścić się biegiem po opuszczonych ulicach tajemniczego miasta.
***
- A ty, wariatko, gdzie byłaś, co? Już myślałam że zwiałaś od nas! – Ana spojrzała z wyrzutem na kamratkę. – Chcieliśmy już nawet obudzić Sparrowa, ale okazało się to zadaniem nie do wykonania.
- Człowieka ciągnie do lądu kiedy przez kilka miesięcy musi się użerać z waszą bandą – Sara oparła się o reling i wpatrzyła w pełne morze, starając się unikać wzroku kamratki. – Zresztą teraz to nie ma znaczenia. Nie wiesz, kiedy skończą ładować towary?
- Z tego co wiem, w mieście nie ma żywej duszy – tak przynajmniej mówił Erick. Gibbs wykorzystał to i wmówił im jakąś bajeczkę o nawiedzonym mieście, przez co uwijają się dużo szybciej niż zwykle. Na mój rozum, to powinni skończyć w ciągu dwóch szklanek.
- To dobrze, powinniśmy jak najprędzej znikać z tego ziemskiego wypierdka...
Niestety, usilne starania Sary by wypłynąć z tajemniczej wyspy okazały się przyjęte tak, jakby była to wiadomość że chińska cesarzowa odwiedziła wczoraj plantacje ryżu w południowej Mongolii – obiły się jak groch o mur. Piraci, którzy przez całą noc znosili prowiant, na dzień ukryli się pod pokładem, a kiedy tylko na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, wytoczyli na górę beczki z rumem i przy akompaniamencie akordeonu i skrzypiec rozpoczęli szaloną zabawę.
Zrozpaczona piratka już po chwili znikła w swojej kajucie, wiedząc, że żaden z kamratów z powodu braku dziwek na wyspie, nie zaspokoił swoich żądzy. Wściekła na cały świat zatrzasnęła drzwi i położyła się na koi, skrycie marząc o przespaniu kilku najbliższych dni. Kiedy jednak sen nie nadszedł, wściekła wstała i z braku jakiejkolwiek roboty postanowiła posprzątać kajutę.
Już po chwili ubrania i rzeczy codziennego użytku obu pań znikły w skrzyni pod hamakiem Anabelli, a w miniaturowym pokoiku zrobiło się jakby więcej miejsca. Nawet toaletka, z której znikły niezliczone przedmioty, nagle wydała się wyższa, szersza i ładniejsza.
Sara westchnęła. Przy tak kiepskim oświetleniu jak jedna lampa naftowa nie było szans, by mogła porządnie przyjrzeć się mapie czy przeglądnąć dziennik pokładowy, który kilka dni temu pożyczyła od Jacka. Oczywiście, mogłaby wparować do kapitańskiej i „pożyczyć” znaczną część jej oświetlenia, ale szczerze powiedziawszy słysząc cztery chóry śpiewające na pokładzie jedną piosenkę, wolała zostać tam gdzie jest.
Nie mając pojęcia co robić wyciągnęła z kufra butelkę rumu i rozłożyła się wygodnie na koi. Zamknąwszy oczy zobaczyła tajemniczego Samuela przechadzającego się ulicami opuszczonego miasta. Po chwili przypomniała sobie, że obcy nie był ubrany w mundur Navy. Z sekundy na sekundę w wyobraźni piratki zaczął się formować coraz dokładniejszy obraz ubioru Samuela – wysokie buty, czarne spodnie, krwistoczerwona koszula i ciemny płaszcz. Po chwili przypomniała sobie też przypasaną u boku prostą szablę. Odetchnęła z ulgą. Taki wygląd na pewno nie świadczył o jego powiązaniach z królewską flotą.
A może ten człowiek kłamał? Może wcale nie płynął do króla? Może nawet mieszkał na tej wyspie i wiedział co się stało z innymi mieszkańcami? Może ludność tak przeraziła się czarnych żagli na horyzoncie, że ukryła się gdzieś w lesie, a jego wysłała na zwiady?
Pokręciła głową z powątpiewaniem. Gdyby tak faktycznie było, nie zdążyliby wyprowadzić statków z portu. A nawet jeśli, musieliby je ukryć gdzieś nieopodal, a niskie zabudowania miasta zdradziłyby położenie jednostek.
Dziewczyna wypiła jeszcze jeden łyk trunku i ze zdziwieniem odkryła, że zostało jeszcze tylko kilka kropel na dnie. Nadal leżąc na koi wpatrzyła się w ciemny sufit, ciągle w myślach rozmyślając o Samuelu.
Bo, jeśliby obiektywnie spojrzeć na sprawę, to nie spytała ani o nazwę jego statku, ani tym bardziej o cel wyprawienia się do króla. Poza tym, niby dlaczego nie zacumował w porcie? Ona, jako piratka, miała prawo się ukrywać, ale on?
Chyba, że sam też jest piratem... – przemknęło jej przez myśl.
Ale to przecież bez sensu! Gdyby był piratem, nie płynąłby do króla! Uciekałby od Brytanii jak szczur od wody!
No tak, piraci powinni trzymać się daleko od króla... powinna była uświadomić to Jackowi kilka miesięcy temu...
Ciągle trzymając butelkę w dłoni obróciła się na bok i spojrzała przez bulaj na srebrną kulę, która w tym momencie wyłoniła się zza chmur.
Nagle drzwi się otworzyły. Kiedy dziewczyna poczuła silną woń rumu, natychmiast podskoczyła i usiadła na koi. Do kajuty wszedł Erick Rockston. W słabym świetle księżyca Sara zobaczyła jego dziwny, niemal obłąkany wzrok. Wiedziała, że to nie wróży nic dobrego.
- Saro... – wymamrotał, zbliżając się do dziewczyny, która wstała i zaczęła się cofać w stronę ściany.
- Erick, wynoś się stąd... – z przerażeniem poczuła za plecami zimne drewno. Blondyn był pijany, pewnie nie miał pojęcia co robił, a jednak coś w jego oczach mówiło jej, że mężczyzna nie zawaha się przed niczym.
Był już blisko niej. Stanowczo za blisko. Ręka pani kapitan bezwiednie powędrowała w stronę ukrytego pod płaszczem pistoletu, Erick był jednak szybszy. Chwycił ją mocno za oba nadgarstki i przygwoździł do ściany.
- Saro... – wydukał dziwnym głosem i wbił się gwałtownie w jej usta. Szarpała się, ale silny marynarz nie dawał jej jakichkolwiek szans na ucieczkę. Przerażona własną bezradnością i brutalnością człowieka, którego, jak jeszcze przed chwilą jej się zdawało, znała, ugryzła go. Pirat, ciągle przytrzymując jej ręce oderwał się chwilę od ust Sary i spojrzał na nią tak dzikim i strasznym wzrokiem, że w jednej chwili zrezygnowała z jakiejkolwiek obrony. Nie czuła nawet, jak pusta butelka wypada z jej obezwładnionej ręki.
Poczuła, jak po policzku spływa jej gorąca łza. Jak wiele by dała, żeby to nie był Erick... żeby nie krzywdził jej człowiek, który przed laty stał się jej pierwszą miłością, a później dobrym kamratem.
Najwyraźniej jednak Rockston nie czuł żadnych sentymentów związanych z przeszłością. Otarł krew z ust i jednym, silnym ruchem popchnął ją w stronę koi. Położył się obok i mimo protestów i płaczu Sara poczuła jego szorstką rękę pod koszulą.
- Saro... – wyszeptał, całując ją po szyi i ramionach. – Naprawdę nie zauważyłaś... nigdy mnie nie chciałaś?
Ale ona nie zrozumiała już tych słów. Ciągle szlochając zamknęła oczy, by nie czuć na sobie męskiej agresji człowieka, którego uważała za przyjaciela. Jeszcze nikt jej tak nie skrzywdził, choć przez wiele lat musiała obchodzić się z gorszymi typami. Jeszcze nikt...
Nagle, usłyszała odgłos tłuczonego szkła. Otwarła oczy by zobaczyć zdziwioną minę Ericka Rockstona, osuwającego się bez przytomności na koję. Już po chwili jednak pozbawiony zmysłów mężczyzna został pochwycone w wielkie, czarne dłonie i zanim przerażona Sara zdążyła zrozumieć co się dzieje, blondyn został brutalnie wyrzucony przez drzwi na pokład.
***
Wielki Joe spojrzał ze współczuciem na swoją podwładną.
- Wystarczyło zawołać, pani kapitan.
Ona jednak patrzyła na niego tak przerażonym wzrokiem, że murzyn szybko zrozumiał, jak musiała się czuć. Że nie mogła wypowiedzieć ani jednego słowa.
Rozglądnął się po koi. Na ziemi leżał kapitański płaszcz, prawdopodobnie zdarty z Sary przemocą. Podniósł go i mimo niemych protestów nałożył na ramiona zapłakanej dziewczyny, która, teraz ubrana jedynie w potarganą koszulę, trzęsła się ciągle ze strachu i zimna.
- Proszę się już nie obawiać, pani kapitan. Rockston do końca życia nie postawi nogi w tej kajucie. I już nigdy pani nie tknie.
Usiadł na rogu koi, , która lekko się ugięła pod jego ciężarem. Nie odzywał się. Mijały kolejne minuty, a Sara nadal milczała, co chwila jedynie pociągając nosem. Po godzinie murzyn przyłapał się na tym, że obserwuje przez bulaj ruch gwiazd po sklepieniu niebieskim.
Wreszcie, po kolejnej godzinie Sara odezwała się słabym głosem.
- Nie bawiłeś się z innymi?
Joe, przywykły już do ciszy, wzdrygnął się nieco słysząc cichy głos podwładnej, po chwili jednak uśmiechnął się.
- Od kiedy weszła pani do kajuty siedziałem nieopodal. Musiałem odejść na chwilę, żeby pomóc Branchflowerowi dojść do mesy, bo biedak zwrócił cały rum Trytonowi i nieco źle się poczuł. To wtedy Rockston... – przerwał widząc, że oczy Sary znowu zaszły mgłą.
- Pani kapitan – kontynuował, nieco przerażony kruchością tej pewnej siebie kobiety, która zawsze wydawała się silniejsza psychicznie od wielu marynarzy – proszę o tym nie myśleć. Zdążyłem na czas, pani teraz nic nie grozi... a on dostanie za swoje, obiecuję. Proszę spać spokojnie, razem z cieślą Diazem będziemy pilnować kajuty choćby się i świat walił!
Przytulił Sarę, która spojrzała na niego z wdzięcznością i lekko się uśmiechnęła.
- Diaz nie będzie mnie chciał pilnować.
- Spokojnie! – murzyn roześmiał się – wystarczy mu wmówić, że jest pani zagrożona atakiem świdraków, a będzie stał na straży, póki ktoś mu nie uświadomi, że nie jest pani okrętem. Proszę mi uwierzyć, jego angielski nie jest jeszcze na tyle dobry, by mógł logicznie myśleć po wysłuchaniu mojego monologu.
Przytaknęła , ale widać było, że coś ją trapiło.
- Joe... – szepnęła po chwili. – A gdzie Ana? Nie powinna tu już być?
- Panna Black jest z kapitanem w jego kajucie.
Spojrzała zdziwiona na murzyna. Ten oparł się o ścianę i westchnął.
- Od początku mieli się ku sobie mimo, że głos pani przyjaciółki jest przenikliwy do granic możliwości. A tej nocy... no tak. Najwyraźniej nie tylko Rockston postanowił zaspokoić swoje żądze...
Zamilkł, czekając na reakcję Sary. Ta jednak tylko popatrzyła smutno w stronę bulaju i szepnęła:
- Powinieneś się przespać, Joe. Przecież masz wachtę zaraz po wschodzie słońca...
- Nic się nie stanie, jeśli raz ktoś mnie zastąpi. Szczerze powiedziawszy wolałbym nie zostawiać pani teraz samej.
Moment, kiedy jeden kącik ust piratki lekko drgnął, był dla niego najlepszym potwierdzeniem, że miał rację. Nie mógł przecież tak po prostu odejść i zostawić jej sam na sam ze swoimi myślami!
- Pani kapitan... – szepnął, spoglądając w sufit. Kiedy nie doczekał się odpowiedzi, spojrzał na Sarę. Spała, ufnie tuląc się do jego koszuli.
Murzyn uśmiechnął się. Żeby tylko zawsze był w odpowiednim miejscu. Żeby zawsze mógł pomóc swojej pani...
komentarze [5]
VII. Tajemnicza seria dziwnych zdarzeń. >> niedziela, 20 stycznia 2008 20:51:18
Jako że zaczynam właśnie drugi tydzien ferii i z przerażeniem zaczynam zdawać sobie sprawę, że kiedy niektórzy będą mieli już niedługo wakacje zimowe, dla mnie słowo "wolne" będzie tylko miłym wspomnieniem... i jako że mi się ewidentnie nudzi, zapraszam na kolejny rozdział. Proszę się nim nacieszyć, bo tego, co napiszę nigdy nie kasuje (najwyżej poprawiam), a to, co będzie w kolejnej notce bynajmniej nie należy ani do kategorii "śmieszne" ani do "zwalające z krzeseł". No. I tyle.
A co do ostatnich komentarzy, to dłuższą odpowiedź dla dwóch błyskotliwych pań (?) zamieściłam zaraz nad ich opiniami, jeśli oczywiście chciałyby przeczytać. Kurczę, chyba faktycznie zacznę szydełkować...
Dobrze, już was nie zamęczam. Zapraszam do czytania.
I niech rum będzie z wami! :)
* * * *
Obudził się z krzykiem. Usiadł na łóżku i otarł pot z czoła. Kolejny senny koszmar.
No właśnie, tylko czy to był koszmar?
Nagle, rozległo się ciche pukanie. Po chwili do pokoju weszła służąca, trzymająca w rękach biały ręcznik i misę z wodą. Nie mógł nie zauważyć strachu na jej twarzy. Musiała usłyszeć jego krzyk. Musiała go słyszeć już nie raz, bo ostatnimi czasy zawsze pojawiała się z takim wyrazem twarzy w jego sypialni.
- Przyniosłam panu ręcznik i ciepłą wodę.
- Dziękuję Anno. – odparł wpatrując się w okno, z którego rozpościerał się przepiękny widok na zatokę. Kobieta położyła ręcznik i misę na stole, po czym skierowała się do wyjścia. Po chwili jednak odwróciła się.
- Czy zejdzie pan na śniadanie do jadalni, czy mam je przynieść tutaj?
- Nie będę dziś jadł śniadania.
Służąca ukłoniła się i czym prędzej opuściła pomieszczenie. Mężczyzna tym czasem wstał, podszedł do naczynia i obmył wodą twarz. Spojrzał w stronę szafy, gdzie wisiały idealnie wyprasowane mundury i westchnął. Zrezygnowany usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach.
We śnie była taka śliczna! Miała dziewięć lat, burzę brązowych włosów i ciągle poszukujące czegoś na horyzoncie oczy. Śmiała się, śpiewała pieśni korsarskie. Potem usiadła na schodach prowadzących na mostek kapitański i spojrzała na niego poważnym wzrokiem.
- Wiesz, jak umrę, to będę statkiem. A wtedy ty będziesz moim kapitanem i będziemy pływać po całym świecie.
Wtedy on się roześmiał. Powiedział, że prędzej to on umrze i będzie okrętem i że ona będzie piękną panią kapitan której słuchają wszyscy marynarze...
Po chwili sen się zmienił. Widział ją, jak leży nieprzytomna, ze spalonymi włosami, poparzonymi rękami i nogami. Jak kona zalana własną krwią.
A później... później krew znikała. I to już nie była ona. Jakaś młoda kobieta, której twarzy nie mógł dostrzec, leżała w białej pościeli ubrana w krwistoczerwoną suknię z gorsetem. Chyba spała. Wtulona w śnieżnobiałą poduszkę była postacią tak tajemniczą, że oddałby wszystko, by dowiedzieć się kim jest.
I nagle pojawiał się nad nią Rockston ze sztyletem w dłoni. Przykładał go do jej smukłej szyi. A on krzyczał, próbował ją obudzić. Nic to nie dawało. Budził się, kiedy cienka strużka krwi zaczynała spływać po szczupłych kobiecych ramionach...
Sam nie wiedział, co może oznaczać ten sen. Kim była ta kobieta? Czy miała jakiś związek ze śmiercią Sary? I dlaczego przyśniła się właśnie jemu?
Wstał i zachwiał się. Mimo, że dopiero się obudził, czuł się bardzo zmęczony. Najchętniej nie szedłby do doków, ale ci wszyscy popaprańcy mogliby coś zepsuć. Poza tym i tak nie miał gdzie iść. Od urodzin małego Turnera Bill, z którym niegdyś często konwersował, przestał się do niego odzywać. William był wiecznie zajęty, Elizabeth zajmowała się kształceniem dziecka.
„Gdyby ktoś jeszcze siedem lat temu powiedział mi, że będę sam, wyśmiałbym go. A teraz... teraz został mi już tylko statek...” – pomyślał. Przez chwilę siedział jeszcze na krześle zastanawiając się, co by było gdyby tamtego dnia chwycił Sarę za rękę i zaciągnął na „Czarną Perłę”. Kiedy zorientował się jednak, że ma łzy w oczach, szybko wstał i ruszył w stronę szafy pełnej kapitańskich mundurów.
Ubrany i umyty zszedł po schodach do salonu. Ze zdziwieniem odkrył, że Rosaline – stara murzynka pracująca u Turnerów, stoi przy otwartym oknie i wpatruje się w horyzont.
- Co pani tu robi o tak wczesnej godzinie? – zapytał, ucałowawszy ją najpierw w rękę.
- Pomyślałam, że przyda ci się trochę towarzystwa.
Spojrzał na kobietę z powątpiewaniem.
- Wiele zapomniałem z czasów, kiedy byłem piratem, ale potrafię wyczuć kiedy ktoś kłamie.
Rosaline roześmiała się.
- Tak, najwyraźniej i ja wyszłam z wprawy w kłamaniu. Przyszłam tu, bo chciałam żebyś pokazał mi ten okręt, któremu ostatnio poświęcasz tyle czasu.
Uśmiechnął się. Musiało ją to męczyć od wielu miesięcy. Ciekawe, dlaczego dopiero teraz się przemogła? Skinął lekko głową i podał murzynce ramię. Już po chwili szli spokojnym krokiem ulicami Port Royal, rozmawiając o „Georgu I”.
- - - - - - - -
- Muszę przyznać, że wiesz co robisz, Dick – Rosaline spojrzała z podziwem na kadłub okrętu. Kiedy będzie gotowy?
- Przypuszczam, że dopiero za pół roku, choć wolałbym, żeby król przydzielił mi więcej pieniędzy na wynajem ludzi.
Dłuższą chwilę stali w ciszy, wpatrując się w niedokończony okręt. Sharper niemal delektował się tą chwilą. Jakby murzynka wiedziała, że potrzebuje towarzystwa...
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko spacerowi po plaży, co? – Rosaline uśmiechnęła się, wskazując ręką na wybrzeże. Ten mruknął jedynie coś pod nosem i ruszył za Rosaline, która nie zważając na nic wychodziła już na jedną z ulic miasta.
- No, ale chyba nie macie dużego zapotrzebowania na okręty, prawda? – murzynka chwyciła oficera pod rękę i przyspieszyła kroku.
- Nie bardzo rozumiem o co ci chodzi, droga Rosaline. – zmarszczył brwi. – Tu naprawdę nie chodzi o służbę królowi...
- A raczej o twoje ambicje? – skończyła uśmiechając się szeroko.
- Czy ja wiem... fakt, piraci przepadli jak kamień w wodę. Większość z nich nie żyje... ale martwi mnie nieobecność Sparrowa... Pewnie znowu wpadł na jakiś idiotyczny pomysł...
Doszli do plaży. Dick ze skrzywioną miną szedł po piasku, podczas gdy kobieta ściągnęła pantofle i zanurzyła stopy w morzu.
- No dobrze, Rosaline, powiedz mi wreszcie o co ci chodzi. Tylko nie mów, że chciałaś po prostu przejść się po plaży, bo i tak nie uwierzę.
Odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.
- Tak, chciałam z tobą porozmawiać z dala od innych.
- Zamieniam się w słuch. – starał się uśmiechnąć, ale ostatnimi czasy zbyt dobrze mu to nie wychodziło. Kobieta widząc starania przyjaciela tylko westchnęła. Usiadła na piasku i wskazała mu miejsce obok .
- Musisz obiecać mi tylko jedno. Że nie będziesz mnie słuchał jako kapitan Sharper, oficer Royal Navy, ale porządny pirat i przyjaciel z przed lat.
Spuścił głowę. Musiało minąć dobre kilka minut, zanim znów spojrzał murzynce w oczy.
- Obiecuję. A teraz powiedz mi, o co chodzi.
Oczy murzynki niebezpiecznie się zwęziły.
- Nie wiem jeszcze nic pewnego, ale dzieje się coś niedobrego. Nie jestem szamanką, nie znam się na czarach, więc nie mogę mówić że jestem czegokolwiek pewna.
Dick uśmiechnął się pod nosem.
- Ciebie też nachodzą takie myśli, co? Sparrow był na urodzinach chłopca Turnerów bardzo mało rozmowny. Później zniknął i według moich informacji nie ma go na Karaibach. Poza tym... – przerwał, zastanawiając się czy przyznać się przed wpatrującą się w niego z zaciekawieniem murzynką. – Poza tym mam od niedawna dziwne sny... ONA mi się śni... a później widzę jeszcze jakąś kobietę, którą morduje Rockston...
Nastała cisza przerywana jedynie przez szum fal. W końcu Rosaline spojrzała prosto w oczy Sharpera, a w wyrazie jej twarzy była jakaś dziwna, nienaturalna determinacja.
- Nie mam pojęcia co wspólnego ma z tym wszystkim śmierć Sary, ale powiem ci jedno: Wszystkie gwiazdy na niebie krzyczą do nas. Coś się budzi, jakaś nienaturalna siła, która wywoła wielką wojnę. Nie będzie już wtedy odwrotu. Każdy będzie musiał wybrać, po której stanie stronie. Możliwe, że Jack o tym wie... możliwe że dlatego opuścił Karaiby. Co do mnie, to już wybrałam. Wkrótce udam się na Tortugę i stamtąd będę śledzić wydarzenia. Martwię się tylko o ciebie.
- O mnie? – źrenice oczu mężczyzny zwęziły się w zdumieniu.
- Tak, o ciebie. Ty masz przed sobą trudny wybór. Chciałabym, żebyś popłynął ze mną, najlepiej na twoim nowym okręcie. Nie chcę stawać przeciwko przyjaciołom w najbliższej wojnie, a jeśli nie opuścisz Navy, tak się niewątpliwie stanie.
- Posłuchaj, Rosaline. Ja nie opuszczę wojska. Przysięgałem samemu królowi...
- Przysięgałeś Sarze, kiedy jeszcze była małym dzieckiem!
- Sara nie żyje. Świat się zmienia, a ja dojrzałem do innych decyzji. Nie wybiorę pokonanych.
Murzynka westchnęła. Wpatrując się w horyzont powiedziała smutnym głosem:
- To nie będzie wojna pomiędzy Navy i piratami. Turnerowie nie wezmą w niej udziału, więc muszę ich opuścić. Ale ty powinieneś płynąć ze mną. Kiedy to coś nadejdzie, nie będzie już wyboru. Cokolwiek to jest, będzie silniejsze niż wszystkie wasze okręty. – zwróciła głowę w stronę mężczyzny – Dick, właśnie teraz wybierasz przegranych. Przykro mi, że tak kończymy naszą rozmowę, ale nie mogę ciągle w myślach bronić twojego postępowania. Za dwa albo trzy miesiące mam zamiar wypłynąć. Masz jeszcze czas do namysłu.
Wstała i nie zważając na minę Sharpera odeszła wolnym krokiem w stronę posiadłości państwa Turnerów.
_ _ _ _ _ _ _ _ _
- No i co, skarbie? Diaz skończył łatanie przecieków? – Jack Sparrow wszedł bezceremonialnie do kajuty oficerskiej i wyszczerzył zęby widząc leżącą na koi dziewczynę.
- Kiepsko jesteś poinformowany, kapitanie. Skończyli jakieś półtora tygodnia temu.
Jedna brew pirata uniosła się nieznacznie.
- To czemu znowu od rana słyszę stukanie tego cholernego młotka?
Sara usiadła na koi i przeczesała ręką nieuczesane włosy.
- Ej, Sparrow... chyba faktycznie trzeba będzie ci racjonować rum, bo już kompletnie straciłeś kontakt z rzeczywistością. Może pokrótce wyjaśnię ci obecną sytuację, co?
Jack podszedł do krzesła stojącego w rogu kajuty i usiadłszy na nim, zaczął się huśtać we wszystkie strony. Na jego usta wystąpił lubieżny uśmiech a wzrok skierował się w stronę trochę zbyt uwydatnionego dekoltu koszuli, w której spała dziewczyna. Widząc to, Sara rzuciła w niego poduszką, tak, że niemal spadł na podłogę, w ostatniej chwili ratując głowę przed uderzeniem w stos ubrań, pod leżących na drewnianej toaletce.
- Nie wiem, za co to było słonko, ale po narzędzie zbrodni – zamachał jej przed oczami poduszką. - zgłosisz się do mojej kajuty. Tam zastanowię się, czym będziesz mogła zapłacić za jej zwrot...
Piratka wymownie spojrzała w sufit.
- To ja już wolę spać bez poduszki. – na te słowa mina kapitana nieco zrzedła – Czy ty się Jack nigdy nie zmienisz?
- Taka już moja natura, skarbie. No ale... o ile się nie mylę, miałaś mi zdradzić, jakaż to sytuacja panuje na moim okręcie. Zamieniam się więc w słuch... i ewentualnie wzrok.
Skrzywiła się. Kiedy tylko zdobędzie okręt, ucieknie jak najdalej od Sparrowa. Najlepiej na drugi koniec świata.
- No więc, dla pana wiadomości, cztery dni temu minęliśmy północny równoleżnik trzydzieści stopni i muszę przyznać, że statek zapieprza jak nigdy, co zapewne jest spowodowane tym, że pana wyliczenia co do ilości jedzenia były nieco przesadzone i w ładowniach zaczyna się robić pusto. Na całe szczęście, istnieje mały archipelag Azorów, na którym – jeśli tylko kapitan tak zarządzi - owe pustki uzupełnimy. Co do cieśli Diaza, to owszem, skończył tydzień temu, ale kadłub jest przetarty, a jeśli do tego dołożyć działalność naszych morskich przyjaciół zwanych świdrakami, to z całą powagą muszę przyznać, że cieśla ma sporo roboty . Poza tym przypominam panu, że przedwczoraj trafiliśmy na potężną burzę, która jeszcze bardziej nadwerężyła poszycie. Diaz dwoi się i troi, łata go tak samo sprawnie jak klnie i tylko dlatego jeszcze jakoś płyniemy. Co chce pan jeszcze wiedzieć kapitanie?
- Widzę, że mimo nieobecności na pokładzie, jesteś bardzo dobrze poinformowana. - Sparrow wstał i ciągle się w nią wpatrując podszedł do drzwi.- To może wyjaśnisz mi dwie trapiące mnie kwestie. Jak to jest, że wyglądowi kobiet ta podróż służy i stają się coraz piękniejsze, podczas gdy mężczyźni są coraz bardziej nerwowi i wściekli? I dlaczego, do cholery, przydzielasz sobie tylko nocne wachty a przez resztę dnia siedzisz tu jak kołek i nie wychylasz głowy poza swoją kajutę?
Ku zdziwieniu pirata Sara roześmiała się. Spojrzała na niego dużymi, brązowymi oczami w których kryła się ironia i powiedziała:
- Widzi pan, kapitanie, wszystkie pytania łączą się ze sobą. Otóż wszyscy mężczyźni na tym okręcie – łącznie z panem – od jakichś trzech tygodni czują się coraz bardziej samotnie.
- Eee... ale ja się nie czuje samotnie – Jack skrzywił się, z powrotem wracając na krzesło. – Na statku nigdy nie jest się samym.
Dziewczyna wymownie spojrzała w sufit.
- Sparrow, czy ty naprawdę jesteś taki głupi czy tylko takiego udajesz? Was wszystkich jaja zaczynają świerzbić! Co wyjdę na pokład to niemal czuję jak mnie rozbieracie wzrokiem. Zresztą ty jesteś tego najlepszym przykładem. Nie masz co robić to pałętasz się po pokładzie zaglądając co chwila do mnie z byle jaką wymówką. A potem pytasz się czemu nie wychodzę przed zmrokiem na pokład. Odpowiedź jest prosta: kiedy jest ciemno nikt na mnie nie patrzy, a informacje zdobywam od niczym się nie przejmującej Any. – wskazała na rozwieszony w rogu kajuty hamak przyjaciółki. – Więc jeśli byłbyś taki miły, to idź przespacerować się po statku, pogadaj z ludźmi, ewentualnie ponaprzykrzaj się Anabelli. Mnie pozwól się wreszcie wyspać.
Mina kapitana wyrażała powątpiewanie.
- Do czego to doszło... tyle dla ciebie zrobiłem a teraz wywalasz mnie z oficerskiej...
- Oczywiście ze cię wywalam, głupi egoisto – położyła się na koi i znikła pod kocem. – Przyszłam do kajuty o świcie z zamiarem wyspania się, a ty średnio co pół szklanki wkraczasz tu bez pukania i mnie budzisz.
- Jakbyś pozwoliła mi tu zostać, nie musiałbym tyle razy wchodzić.
- A siedź tu ile chcesz! – spod koca wyłoniły się ciemne włosy i ukryte pod nimi oczy. – Tylko pamiętaj, że masz siedzieć cicho, nie ruszać się i najlepiej głośno nie oddychać.
Jack skrzywił się. Wstał i podszedł powolnym krokiem do drzwi.
- Mam nadzieję że zrekompensujesz mi swoją nieobecność na lądzie... A co do moich odwiedzin, to po prostu sprawdzam czy cię Jones nie porwał. – przerwał, widząc mordercze spojrzenie kamratki która znów wyłoniła się spod koca. – Ehm... no w każdym razie jeszcze wpadnę. Tak się składa, że jesteś niestety jedyną kobietą w naszym towarzystwie, która nie przesiaduje całymi dniami na bocianim gnieździe, a każdą próbę dostania się do niej na bliską odległość kwituje rzucając w delikwenta pustymi butelkami... No ale cóż, każdy ma swój sposób na przeżycie długiego rejsu...
- Sparrow, liczę do trzech i zaczynam się drzeć, że mnie gwałcisz. O ile się nie mylę, to Joe ma niedaleko wachtę... Raz, dwa...
Ale Jacka już nie było. Przechodząc koło uwijającego się na pokładzie murzyna skrzywił się nieco i szybszym niż zazwyczaj krokiem ruszył w stronę mostka.
Było już ciemno, kiedy Sara postanowiła wstać z koi i wyjść na pokład. Wstawszy rozejrzała się po ogarniętej mrokiem kajucie, starając się przypomnieć sobie, gdzie położyła lampę. Chwiejącym się krokiem podeszła w końcu do ukrytego za hamakiem Any stosu rupieci, obmacała i wyrzuciła w drugi kąt połowę ubrań i rzeczy codziennego użytku, by wreszcie znaleźć starą lampę oliwną.
Mimo, że nie dawała ona wystarczającej ilości światła nawet dla nietoperza, Sara powiesiła ją pod sufitem i ponownie zabrała się za stos rupieci. Już po chwili z zagraconego miejsca wyłoniła się ozdobna toaletka. Dziewczyna usiadła na krześle i spojrzała na swoje odbicie w lustrze.
Może i wyśmiała Jacka, kiedy mówił o jej wyglądzie, ale sama musiała przyznać, że wygląda dużo lepiej niż w momencie, kiedy zjawiła się na „Czarnej Perle”. Długie, zapuszczone podczas ostatnich miesięcy włosy, mimo ograniczonych możliwości dbania o nie, prezentowały się świetnie. Dziewczyna uśmiechnęła się, gdy światło wyłaniającego się zza chmur księżyca oświetliło kajutę i nadało jej ciemnym puklom niezwykłego blasku. Chwyciła do rąk szczotkę i poczęła rozczesywać włosy, nucąc pod nosem dobrze znaną melodię.
Kiedy wszystkie kudły na głowie panny Turner skapitulowały, dziewczyna ubrała spodnie, przebrała koszulę na świeżą i nałożyła płaszcz. Jeszcze raz spojrzała w lustro i uśmiechnęła się sama do siebie. Może faktycznie nadejdzie wkrótce lepszy czas...
Już chciała się odwrócić i wyjść na pokład, kiedy zauważyła, że w kieszeni jej płaszcza nie ma kompasu Sparrowa. Zmarszczyła brwi i zaczęła rozglądać się po ciemnej kajucie.
Odetchnęła z ulgą gdy zauważyła, że busola leży wraz z innymi rupieciami pod toaletką. Odgarnęła niesforny kosmyk z twarzy i pochyliła się.
Nagle, ogarnęło ją dziwne uczucie – jakby ktoś za nią stał. Chwyciła kompas i pełna niczym nieuzasadnionych obaw odwróciła się.
W samym rogu kajuty stał mężczyzna. Mimo, że nie widziała dokładnie rysów jego twarzy, była pewna, że nigdy go jeszcze nie widziała. Przerażona wyprostowała się i zaczęła się cofać. Po chwili napotkała ścianę.
- Kim jesteś? – szepnęła, próbując przypomnieć sobie, który z kamratów wygląda podobnie do stojącego przed nią jegomościa. Ten jednak nic nie odpowiedział. Sara zaczęła przeklinać w myślach fakt, że nie przypięła do pasa broni – zarówno pistolety jaki i szabla leżały w skrzyni, zaraz za nogami nieznajomego.
Nie wiedziała, jak długo tak stali. Może minęło kilka sekund, może cała godzina. I byłoby tak pewnie jeszcze długo, gdyby nagle drzwi nie otworzyły się z hukiem i do kajuty nie wpadła Anabella.
- Ja normalnie ich wszystkich powystrzelam kiedyś! – wrzasnęła popychając drzwi i tupiąc nogą. – Wyobrażasz sobie, że wywalili mnie z bocianiego gniazda?
Sara przeniosła przerażony wzrok na przyjaciółkę. Ta musiała zauważyć, że coś się święci, bo przerwała monolog i ucichła.
- Sara, co się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
Panna Turner dalej opierając się o ścianę kolejny raz przeniosła wzrok na tajemniczego mężczyznę. Jego już jednak tam nie było.
- Wiesz Ana... Albo wariuję, albo Sparrow z nudów ściągnął na ten statek diabła morskiego.
Panna Black zmarszczyła brwi.
- Chyba brakuje ci świeżego powietrza. Idź się przejść po pokładzie i wróć jak poczujesz się lepiej. Na razie wyglądasz jak dziesięć minut po śmierci.
Sara uśmiechnęła się blado. Chwiejąc się lekko podeszła do drzwi i chwyciła za klamkę.
- Nie dziesięć minut, tylko siedem lat. I bynajmniej prócz dziwnych omamów mam tylko jeden problem – że zaraz będę musiała znów widzieć mordę Sparrowa.
- Pozdrów go ode mnie! – Ana wyszczerzyła zęby i położyła się w swoim hamaku. – I powiedz, że jak zawiniemy do portu, ma mi oddać butelkę rumu, którą roztrzaskałam na głowie Gibbsa.
Sara kiwnęła z uśmiechem głową i wyszła na pokład pozostawiając kamratkę samą w kajucie.
Podmuch letniego wiatru, który uderzył w jej w twarz, wydawał się chłodniejszy niż zwykle. Dziewczyna westchnęła – czym bardziej oddalali się od Karaibów, tym było zimniej i morze wydawało się bardziej spokojne. O ile to pierwsze wydawało się być całkiem normalne, to zachowanie oceanu budziło w pannie Turner mieszane uczucia. Nadal byli na środku Atlantyku – tymczasem tafla wody przypominała chwilami jezioro.
Spojrzała na mostek. Przy sterze stał Cotton, z nieodłączną papugą na ramieniu. Obok niego, opierając się o reling stał Erick Rockston, nieświadomie bawiący się złotą monetą i wypatrujący czegoś, co najwyraźniej stało za Sarą. Inni marynarze siedzieli rozproszeni po całym pokładzie, zabijając nudę piciem rumu. „Nic ciekawego” – pomyślała Sara i czując nieprzyjemne gniecenie w brzuchu ruszyła w stronę kuchni.
Przywitał ją tam zapach przypominający krowie łajno po fermentacji. Panna Turner, starając się nie zemdleć i równocześnie nie robić min ( w końcu chciała wyciągnąć coś do jedzenia z tego pomieszczenia ), powitała kuka Thurmana kiwnięciem głowy, ale to do kucharza z „Perły” skierowała swoje słowa:
- Jest tu coś nadającego się do jedzenia, czy te pijane świnie wszystko już wyjadły?
- Coś tam jest, pani kapitan. – kuk uśmiechnął się pod nosem, i ściągnął z kotła wielką pokrywę. Zapachy wymieszały się i Sara była pewna, że po pierwsze zaraz padnie bez przytomności na podłogę, a po drugie – że choćby kuk podał jej i homara – nie tknie nawet kawałka.
Jak się okazało, działanie wywaru kuka na zmysły Sary było nie tylko gwałtowne, ale i długotrwałe. Mimo, że pani kapitan przez kilka dobrych godzin siedziała na mostku kapitańskim i wdychała świeże powietrze, mdłości ustąpiły dopiero, gdy na pokładzie pojawił się cieśla Diaz. Cały brudny, z podartą koszulą wydawał się uosobieniem samego diabła, a jednak coś w nim sprawiło, że zaintrygowana piratka jednym susem wstała i podbiegła do niego.
- Panie Diaz, proszę mi zdać raport z łatania okrętu.
- Kurwa, el kapitane. Normalne kurwa. – mężczyzna pokiwał głową i wskazał na pełne morze. – My nie żyć, el kapitane.
- Ale... że niby jak? – brwi kobiety uniosły się lekko – Jest aż tak źle?
- El kapitane! – cieśla pokuśtykał do burty i wskazał na morze. – Normalne kurwa. Nie ma łatania bo nie ma co. Nie ma woda.
- Panie Diaz, niech pan ze mnie durnia nie robi. Jesteśmy na środku oceanu a pan mi pieprzy, że nie ma wody? – przewróciła oczami i po sekundzie była już przy cieśli. – Przecież pan widzi, że płyniemy, więc...
Spojrzała w dół i nagle odjęło jej mowę. Diaz miał rację. Statek nie mógł nabierać wody. Bo oni nie płynęli. Oni LECIELI - jakiś metr nad spokojną taflą oceanu Atlantyckiego...
komentarze [18]
VI. Podróż w nieznane. >> sobota, 29 grudnia 2007 20:00:42
Kolejny rozdział, w którym zaczynamy wkraczać w całkiem nowy, nieznany świat pełen niesamowitych zjawisk i tajemniczych bóstw...
Koniec reklamy.
No tak, zmieni się trochę historia, ale tylko dlatego, że mój genialny umysł wymyślił fabułę, której w normalny sposób nie da się opisać. Nie żeby Piraci z Karaibów nie mieli żadnych fantastycznych wątków...
Korzystając z okazji, chciałabym wszystkim życzyć Szczęśliwego Nowego Roku! Życzę wam, kochani napływu weny, dalszej fascynacji pirackim życiem i oczywiście stawiam każdemu czytelnikowi bo beczce rumu!
Przy dobrym trunku zawsze lepiej rozpocząć czytanie rozdziału, prawda?
Jack Sparrow spojrzał ze zdziwieniem na śpiącą pannę Black. Co ona powiedziała? Luchtara? Skąd on do cholery zna to imię?
- Kapitanie... mam przenieść je do kajuty pani kapitan? – murzyn spojrzał ze strachem na dwie rozwalone na koi Jacka kobiety.
- Nie... to bez sensu. Przekimam się w oficerskiej a jakby co, to poręczysz za mnie głową u Sary...
Wyciągnął jeszcze dwie butelki rumu i ruszył do drzwi, za którymi szalał sztorm.
- Aha, jeszcze jedno Joe... obudź Gibbsa i powiedz mu, że do rana ma sobie przypomnieć kim jest człowiek o imieniu Luchtar . Napomknij mu, że nie interesuje mnie skąd wytrzaśnie wiadomości, a jeśli faceta nie zna, to w tym momencie ma wstać i oblecieć całe miasto w ich poszukiwaniu.
Wielki jak dąb murzyn zasalutował i obaj wyszli z kajuty, jak najciszej tylko mogli zamykając drzwi w obawie przed kolejnymi wrzaskami pijanych pań.
_ _ _
Jeśli Erick Rockston obudził się tego dnia w wyjątkowo złym humorze, to chwilę później miał już ochotę wymordować wszystkich w promieniu dziesięciu mil.
Zaspany jeszcze wyszedł na górny pokład żeby rozprostować kości. Wokół, w sennej ciszy siedzieli nieliczni marynarze, którzy akurat mieli obowiązek pełnienia wachty. Jedynie cieśla Diaz latał po całym okręcie stukając młotkiem w każdy centymetr relingu, równocześnie powtarzając pod nosem poznane ostatnio wyrażenia z łaciny polowej.
Erick nie mając nic lepszego do roboty rozsiadł się na schodach. Z zamyślenia wyrwało go skrzypienie drzwi oficerskiej. W momencie przestało mu się chcieć spać. Spojrzał przed siebie, spodziewając się zobaczyć szczupłą sylwetkę Sary Turner, przecierającej zaspane oczy, gdy tymczasem ujrzał... kapitana Sparrowa.
Trudno powiedzieć, co w tym momencie poczuł. Na pewno coś przewróciło mu się w żołądku (choć był pewien że ów jest całkiem pusty). Do twarzy nabiegła mu krew, szczęka boleśnie się zacisnęła a w gardle ugrzęzło coś w rodzaju małej kuli armatniej.
Tymczasem Jack jakby nigdy nic przeciągnął się i lekkim krokiem ruszył w stronę mostka. Zatrzymał się przy Rockstonie i spojrzał na niego z niepokojem.
- Wszystko dobrze? – Erick posłał mu mordercze spojrzenie. Ty się mnie pytasz czy wszystko dobrze śmierdzący, stary capie? Mnie się pytasz zawszona świnio?
- Tak – zdołał z siebie wydusić.
Kapitan pokiwał głową. Po chwili ciszy znów spojrzał na Ericka.
- Nie widziałeś gdzieś Gibbsa?
Tym razem młody Rockston zdołał tylko pokiwać przecząco głową i utrzymać nerwy na wodzy, aby nie rzucić się na Sparrowa.
Jak... Jak ona mogła? Przecież mówiła że nie daje dupy każdemu kapitanowi...
Spojrzał przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Tymczasem Jack zdążył już zbiec pod pokład, wyciągnąć za szmaty zaspanego Gibbsa i posadzić go na stosie lin. Ziewając na przemian z kapitanem Gibbs zaczął coś mówić śpiącym głosem. Erick go nie słuchał.
Nie wyspałeś się, co Sparrow? Trzeba było spać a nie...
Nie mógł wypowiedzieć tego nawet w myślach. Jak ona w ogóle mogła!?
_ _ _
- Gibbs, do cholery! Kim jest ten Luchtar?
- Jack, przestań mną szarpać! Mogłem jeszcze sobie pospać, ale nie, ty wolałeś mnie budzić.
- Gibbs, jak zaraz mi nie odpowiesz to dokończysz drzemkę w pętli albo na dnie morza!
- No czego się wściekasz Jack! – Gibbs rozsiadł się na linach. – Nie mam pojęcia o co ci chodzi! Ledwo słońce stało, a ty już wariujesz. No więc z tego co wiem, to jedyny facet o tym imieniu... a raczej nie facet, tylko coś w rodzaju pogańskiego bóstwa, mieszka w Irlandii. Ta mitologiczna postać...
- Przechodź do sedna, Gibbs! – mina Sparrowa wyrażała zniecierpliwienie. – kto to jest?
- Celtycki bóg cieśli i rzemieślników. – Gibbs przewrócił oczami, widząc, że niewiele kapitanowi to mówi. – To ponoć on wybudował „Czarną Perłę”. I z tego co wiem, to z pod jego ręki wyszły też „Burza”, „Zefir” i „Mroczna Gwiazda”.
Jack zamrugał tępo. Puścił Gibbsa i oparł się o reling, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. Jeśli to prawda, to skurczybyk musi być w tym fachu naprawdę dobry... a na pewno na tyle dobry, by sklecić im drugą „Mroczną Gwiazdę”...
- Panie Gibbs! – wrzasnął spoglądając na stos lin, na którym drzemał borsukowaty pirat. Pierwszy oficer „Czarnej Perły” natychmiast ocknął się i jednym susem zeskoczył na pokład.
- Aye, sir?
- Czy wszyscy ludzie są na statku?
- Tak jest!
- No to leć ich budzić! Wyciągać kotwicę! Stawiać żagle! Panie Cotton! – zwrócił się do pirata, który właśnie wyczołgał się na pokład. – Do steru! Proszę powiadomić pana Branchflowera, że ma wyznaczyć najkrótszą drogę na pełny ocean!
Wydając kolejne rozkazy coraz to liczniejszej rzeszy piratów, Jack zwrócił się w stronę swojej kajuty. Marząc w duchu o butelce rumu otworzył drzwi i ...
- TY CHOLERNY ZBOCZONY ZUCHWALCU!!! CO JA ROBIĘ W TWOJEJ KAJUCIE!?
... i wypadł z niej jeszcze szybciej niż wszedł. Spoglądając na zdziwione miny członków załogi, przywołał do siebie Wielkiego Joe.
- Mam do ciebie prośbę, przyjacielu. Czy mógłbyś wejść do mojej kajuty i jakimś czysto dżentelmeńskim przemówieniem wyjaśnić wszystko pani kapitan?
- Aye, kapitanie...
Z nieco przerażoną miną murzyn spojrzał w stronę zamkniętych drzwi. Na szczęście nie musiał podejmować samobójczej próby uspokojenia Sary, bo w tym momencie kobieta z całym impetem otworzyła drzwi i stanęła twarzą w twarz z Jackiem. Ten jak przystało na bohaterskiego kapitana pirackiej łajby jak najszybciej skrył się za Joe, co ten skwitował jedynie głośnym westchnięciem.
- Sparrow, jak zaraz mi tego racjonalnie nie wytłumaczysz, to zanim zdążysz powiedzieć „Czarna Perła” wylądujesz na dnie z roztrzaskanym łbem...
- Nie ma co się tak denerwować, słonko. Ja po prostu nie chciałem cię budzić...
- CO NIE CHCIAŁEŚ?
- Ekhm... to może lepiej ci to Joe wytłumaczy...
- TY NIE WCIĄGAJ W TO MOJEGO CZŁOWIEKA ZAPLUTA KREATURO!
Kobieta wyciągnęła pistolet i zaczęła celować w Jacka. Ten kompletnie już przerażony na powrót schował się za wielkim murzynem, wzywając do pomocy wszystkie znane mu bóstwa łącznie z Luchtarem.
-Ale pani kapitan... – Joe starał się złagodzić sytuację próbując równocześnie odgrodzić pannę Turner od Sparrowa. – Kapitan spał w oficerskiej...
Piratka stanęła jak wryta i tępo mrugając oczami wpatrzyła się w czarnego kompana.
- Że co?
- No bo ja przyniosłem panią i tą pani znajomą do kajuty kapitana. Tyle że pani kapitan spała, więc położyłem ją na koi. Kapitan Jack rozmawiał z tą... Anabella Black o „Georgu I” ale ona też zasnęła, więc zostawiliśmy was w kapitańskiej i kapitan Sparrow musiał spać w oficerskiej.
Na okręcie zapanowała całkowita cisza. Przerwało ją dopiero pojawienie się w drzwiach kapitańskiej grzywy rudych włosów, w której, jak się okazało, kryła się zaspana twarz Any.
- Sara... czy mi się wydaje, czy my płyniemy?
- Eee... – panna Turner rozglądnęła się wokół. Faktycznie, właśnie wypłynęli z zatoki i kierowali się na pełne morze. – nie, nie wydaje ci się.
W jednej chwili rudowłosa całkiem się rozbudziła. Spojrzała zdziwionym wzrokiem najpierw na Sarę, a później na murzyna za którym ukrywał się Sparrow.
- To co ja do cholery robię na tym statku?
_ _ _
Jeśli po wypłynięciu z Tortugi życie na „Czarnej Perle” było ze względu na nowych lokatorów trudne, to pierwszy dzień pobytu panny Black na pokładzie okrętu był najstraszliwszym okresem w życiu Jacka Sparrowa. Po dwóch godzinach użerania się z nią, kapitan uznał wyższość płci pięknej i zamykając na wszystkie spusty drzwi do kajuty, pogrążył się w rozmyślaniu nad rejsem i opróżnianiu pękatej butelki z rumem.
- Wszędzie dobrze, ale w kajucie najlepiej, co? – pirat podniósł głowę, by zobaczyć w drzwiach szczupłą postać Sary Turner.
Nie starając się nawet ukrywać zdziwienia, spojrzał w stronę zamka w drzwiach.
- Jak je otwarłaś? – spytał, ona jednak tylko się uśmiechnęła i podeszła do biurka. Rozsiadła się naprzeciw Sparrowa i ściągnęła kapitański kapelusz.
- Zapominasz, że takie sprawy przez siedem lat były moją codziennością. No, ale nie przyszłam tu powspominać, tylko dowiedzieć się, gdzie płyniemy.
Na ustach Sparrowa pojawił się chytry uśmiech.
- Słyszałaś może o pewnym pogańskim bóstwie, zwanym Luchtarem?
Pokiwała głową.
- Legenda mówi, że to właśnie on zbudował wszystkie okręty Czarnej Floty, ale co to ma...
- A to ma do rzeczy – przerwał jej, pochylając się nad blatem. – że ów Luchtar jest najlepszym cieślą, o jakim słyszeliśmy. A jeśli udało mu się wybudować „Czarną Perłę”, to...
- Zwariowałeś. – westchnęła i wyrwała piratowi butelkę z ręki. – Przez ten rum kompletnie wyparował ci mózg. Jack, przecież to tylko legenda. Ot, zwykła, zmyślona bajeczka!
- Wiesz, skarbie... życie nauczyło mnie wierzyć w takie bajeczki. – popatrzył z tęsknotą na złoty trunek i kontynuował. – Zresztą, co nam szkodzi złożyć krótką wizytę...
Sara wymownie spojrzała w sufit.
- Jack, to nie jest krótka wizyta tylko wielomiesięczna wyprawa. To celtycki bóg, jeśli faktycznie istnieje, będziemy musieli przebyć cały ocean, a przypominam ci, że Davy Jones wkrótce zacznie mnie szukać. Poza tym, pragnę ci przypomnieć, że potrzebne nam są dosyć spore zapasy. Nie sądzę by „Perła” została aż tak dobrze wyposażona podczas ostatniego pobytu na Tortudze...
-No to się mylisz, bo akurat jeśli o to chodzi, to nie będzie żadnych problemów. Gorzej z twoim nastawieniem... Bez ciebie nigdy nie znajdziemy Luchtara...
- A co ja mam do rzeczy? – spojrzała na niego złym wzrokiem.
Jakby tego nie zauważywszy, Jack Sparrow uśmiechnął się szeroko. Odpiął od paska kompas i położył go przed piratką.
- O ile się nie mylę, to najbardziej w świecie pragniesz zdobyć nowy statek, prawda?
Jeden kącik ust dziewczyny lekko drgnął. Pokiwała głową z dezaprobatą.
- Dlaczego ja się z tobą zadaję, co?
- Chyba dlatego, że tylko ja mogę cię zawieźć do Luchtara. A jeśli to nie wypali... – wskazał na leżący na stole szkic okrętu. - ... tylko ja pomogę ci zdobyć „George’a I”.
Uśmiechnęła się smutno.
- Mam prośbę Jack. Wyjaw mi tajemnicę i powiedz, jaki port będzie naszą najbliższą przystanią?
Sparrow zmarszczył brwi.
- A po co ci to, kochanie?
- A po to, żeby wysiąść z tego statku i już więcej nie widzieć cię na oczy.
Na twarzy pirata pojawił się chytry uśmiech.
- A więc dowiedz się, kochaneczko, że naszym pierwszym portem będą wyspy Brytyjskie. Wobec tego jesteś skazana na towarzystwo moje i całej naszej popieprzonej załogi.
__ __ __
- Pani kapitan! – do kajuty oficerskiej wpadł bez pukania Helder. – Pani kapitan! Proszę się obudzić!
- Osochozi? – dziewczyna nie otwierając oczu wtuliła się w poduszkę.
- Kapitan Sparrow panią natychmiast wzywa.
Mruknęła coś pod nosem i schowała głowę pod poduszką.
- Pani kapitan! – chłopak nieśmiało podszedł do koi i położył jej rękę na ramieniu. – To jest sprawa życia i śmierci!
Tym razem Sara wykazała większe zainteresowanie. Spod poduszki pokazała się chmara ciemnych włosów, między którymi widniały brązowe oczy.
- Kogo życia?
- Eee... – pirat wydał się zdziwiony pytaniem. – No... nie wiem jak w tym momencie, ale albo kapitana Sparrowa albo cieśli Diaza...
Poduszka wylądowała na ziemi, a całkiem już zaabsorbowana sprawą piratka spojrzała na kamrata.
- To leć sprawdzić który walczy o życie w tym momencie.
- Eee.. słucham?
- No idź i zobacz który ma przewagę.
Nadal zdziwiony chłopak otworzył drzwi oficerskiej i spojrzał na pokład.
- O cholera... pani kapitan... Diaz lata za kapitanem Sparrowem i wymachuje młotkiem... Rzucił! Nie, nie trafił... pani kapitan! Pani musi coś zrobić! Kapitan chwycił za szablę!
Nie minęła nawet sekunda, a Sara, tylko w koszuli i ubranych w pośpiechu spodniach, wybiegła na pokład.
Spojrzała w stronę górnego pokładu. Sparrow z wyciągniętą szablą stał naprzeciw czerwonego na twarzy, całkiem bezbronnego cieśli. Wokół stała cała załoga, łącznie z Anabellą, która starała się podać Diazowi młotek i darła się „Rąbnij kapitana!” Sara uśmiechnęła się pod nosem na widok twarzy Jacka, na której odbijała się furia zmieszana z przerażeniem. Najwyraźniej cieśla musiał mu się nieźle dać we znaki.
- Ej, panowie! Spokój! – krzyknęła, próbując się przedostać do środka zamieszania. Wszyscy umilkli, tylko panna Black ciągle dopingowała Diaza do walki. – Ana! Ty też się zamknij.
W końcu przecisnęła się przez grupę dryblasów. Spojrzała na obu mężczyzn, zastanawiając się, który jest bardziej wściekły.
- Gadać, oboje. Co się dzieje?
Sparrow spojrzał na nią wyniośle.
- Słonko, to ja tu jestem kapitanem. Nie muszę się przez nikim tłumaczyć.
Dziewczyna przewróciła oczami. W taki sposób do niczego nie dojdzie. Chwyciła szablę jednego z piratów stojących nieopodal i ku zaskoczeniu wszystkich przyłożyła ją szybkim ruchem do gardła kapitana, tak, że ten nie zdążył nawet zareagować.
- Teraz oprócz tego, że jesteś kapitanem, jesteś też na mojej łasce. Gadaj, czym ci zawinił Diaz.
Dotychczas blade ze złości policzki kapitana przybrały kolor twarzy cieśli.
- ten idiota powiedział, że moja „Perła” to stara krypa!
- Stara krypa, el capitane! – wrzasnął Diaz. – Jedne wielkie dziura, capitane!
Sparrow chciał się wyrwać, ale Sara skutecznie go przetrzymała. Zachwycona tym, że jej podwładny nauczył się więcej słów niż tylko „kurwa” i „okręt”, uśmiechnęła się do niego, czego nie mógł nie zauważyć Jack. Kapitan prychnął głośno, ale kiedy piratka posłała mu mordercze spojrzenie, odwrócił obrażony głowę.
- Panie Diaz. Dlaczego pan obraził kapitana nazywając okręt „starą krypą”?
- Stara krypa capitane! Tyle przecieki ile dupa w Tortuga! Kurwa, ile dupa!
Wśród załogi powstała fala szeptów. Od trzech dni wiedzieli, że będą musieli przepłynąć cały ocean, a wiadomość, że muszą to zrobić na okręcie z przeciekami , na pewno nie poprawiła ich motywacji. Sama Sara też poczuła ucisk w żołądku na samą myśl, że przez prawie pół roku jej życie będzie zależało od okrętu, którego kapitan nie zadbał o załatanie dziur.
- Panie Diaz... – podniosła głos, chcąc przekrzyczeć coraz głośniejsze rozmowy. – Czy może pan załatać przecieki?
Jak z bicza strzelił wszystkie rozmowy ucichły. Wszyscy zgodnie wpatrzyli się w trochę mniej już czerwonego cieślę.
- Si, capitane, si...ale, capitane! Tu świdraki! Cała krypa z świdraki!
Dziewczyna zrozumiała o co mu chodzi, ale nie chciała wszczynać widowiska na pokładzie, więc tylko powiedziała:
- Panie Diaz, weźmie pan sobie pięciu ludzi i zaczniecie łatać dziury, jasne? – poczekała, aż pirat skinie głową, a potem zwróciła się w stronę załogi. – A wy na co się gapicie, zaplute jełopy? Wracać do roboty, ale już!
Kamraci rozbiegli się po całym okręcie, powracając do nieskończonych obowiązków. Cieśla Diaz skoczył ku trzem piratom, którzy najwyraźniej nie mieli nic do roboty i zagnał ich pod pokład do łatania przecieków. Sara uśmiechnęła się. Właśnie zdała sobie sprawę, że w jej załodze jest jeszcze jeden wariat – tym razem maniakalny cieśla.
- I co? Zadowolona? – Sparrow uchylił się przed ciągle wyciągniętą szablą piratki i złapał ją mocno za rękę. – Spodobało ci się wydawanie rozkazów na moim okręcie?
Starała się wyrwać, ale uścisk Jacka był zbyt mocny. Katem oka dostrzegła, że Wielki Joe przypatruje im się bacznie, jakby zaraz chciał ruszyć swojej damie z pomocą.
- Gdybyś wcześniej zarządził porządny remont okrętu, nie doszłoby to tej sytuacji. Z tego co właśnie się dowiedziałam, całe poszycie wymaga naprawy. Poza tym, jeśli nie chcesz oberwać od kolejnego z moich ludzi, to lepiej mnie puść .
Jack ze strachem spojrzał w stronę wielkiego murzyna. Uścisk jego dłoni jakby zelżał, co panna Turner natychmiast wykorzystała, uskakując na bezpieczną odległość.
- Posłuchaj, mnie, Sparrow. Nie wiem jakim cudem tam dotrzemy, ale bądź pewien, że wydam na tym okręcie bez twojego pozwolenia jeszcze tylko jeden rozkaz: Porządny karenaż! Wyciągnę okręt choćby na litą skałę i każę go oczyścić z tego gówna! I to niezależnie od tego, jak potoczą się sprawy z tym twoim Luchtarem!
Sparrow burknął coś niezrozumiałego i pospiesznie oddalił się w stronę kajuty kapitańskiej. Piratka zacisnęła pięści i ciągle trzymając szablę w ręce zwróciła się w stronę steru. W tym momencie podbiegła do niej Ana.
- Czemu nie pozwoliłaś Diazowi go zabić?
- Daj spokój... – spojrzała w stronę wypełnionych żagli, równocześnie wyjmując kompas, który na czas podróży pożyczył jej Sparrow. – Powiedz Gibbsowi, że przydałoby się jeszcze postawić fokmarsel. A ster jeszcze jeden rumb w prawo.
- Sama mu to powiedz. – brwi rudowłosej podniosły się lekko do góry. – Sara, co jest?
- Gówno. Przez najbliższe pół roku mam wszystko w dupie. Nie wydaję żadnych rozkazów, nie interesuje mnie nic, prócz kursu. Kapewu?
Spojrzała wyzywająco na kamratkę i bez słowa ruszyła do swojej kajuty. Zamykając drzwi usłyszała jeszcze piskliwy głos przyjaciółki:
- Ten nowy statek to na twoją cześć powinni nazwać „Karaibska Wiedźma”, wiesz? Z tymi rozczochranymi włosami nawet tak wyglądasz!
- Rrrruda paskuuda! – zawołała ku radości załogi papuga Cottona.
Później był już tylko strzał i wrzask przerażonego ptaka.
„Banda wariatów” – pomyślała panna Turner, kładąc się z powrotem na koję i zamykając oczy.
komentarze [14]
UWAGA!!! >> czwartek, 15 listopada 2007 13:45:18
Pora na parę ogłszeń duszpasterskich:
Po pierwsze:
Jako że nikt nie czyta moich wypocin, postanowiłam, że mimo niezbyt dużej liczby komentarzy będę dodawać notki w przypadku zbyt dużej ilosci wolnego czasu. Niestety, owego nie posiadam, toteż na razie kolejnego rozdziału nie będzie.
Po drugie:
Mimo że prosiłam, prawie nikt nie podał mi swojego numeru gg. Wobec tego bardzo mi przykro, ale jeszcze tylko raz - po opublikowaniu następnego rozdziału - będę się fatygować i informacje o notce podam na wasze blogi. Jeśli nie podacie tym razem numeru gg, trudno, informacji otrzymywać nie będziecie.
Po trzecie:
Po długich rozmyślaniach postanowiłam stworzyc dział "BOHATEROWIE". Link do zdjęć bohaterów znajdziecie po lewej stronie w górnej części menu.
Po czwarte:
Może jeszcze nie zauważyliście, ale w komentarzach umieściłam nowy szablon. Jeśli mam być szczera, to jego autorka (rqaklama na dole) ma cholerny talet i szablon jest po prostu cudny. Tak więć poddaję głosowaniu sprawę: czy owy szablon ma zostać umieszczony na głównej stronie, czy zostawić obecny?
Mimo, iż nie spodziewam się komentarzy, jeszcze raz proszę o podanie gg. To ułatwiłoby mi pracę i na 100% mogłabym częściej publikować rozdziały - a mam napisane DWA w zapasie.
Wiatru w żaglach!
autorka
komentarze [11]
V. Burza nad Port Royal >> piątek, 12 października 2007 19:49:44
Kolejny rozdział. Czy ja wiem... chyba nie najlepszy, ale cóż, kiedy indziej nie będę miała czasu. A teraz ogłoszenia duszpasterskie:
1.Osoby, które chcę być powiadamiane o rozdziałąch, wliczając te, które już są powiadamiane, proszone są o podanie w komentarzach swojego gg lub maila. Ułatwiłoby mi to bardzo pracę i na pewno mogłabym częściej dodawać notki :)
2.W "Polecam"/z innej beczki rumu znajduje się link do mojego drugiego bloga. W galerii umieściłam moje tragiczne dzieło pt. "Sara Turner". Jeśli chcecie dostać niekontrolowanego ataku śmiechu LUB spaść z krzesła, to zapraszam.
Koniec ogłoszeń. Do czytania - MARSZ!
Tego dnia słońce przygrzewało wyjątkowo mocno. W skromnej rezydencji Turnerów odbywała się tymczasem mała, doroczna uroczystość – urodziny panicza Patricka Turnera.
Z czystym sumieniem można było powiedzieć, że siedmioletni chłopiec był bardzo podobny do swojego ojca. Te same oczy, włosy, nawet dziecięca jeszcze twarz zaczęła nabierać podobnych rysów.
Mały Patrick był chlubą Turnerów. Grzeczny, uprzejmy, bardzo wesoły, uwielbiał słuchać długich opowieści dziadka i starej murzyńskiej opiekunki – Rosaline. Jego najlepszym przyjacielem był kapitan Royal Navy – Dick Sharper, który wielokrotnie zabierał go na wspaniałe okręty, pokazywał jak wiąże się węzły marynarskie, czasem nawet stawiał przy sterze. Wszyscy marynarze lubili małego Turnera i uśmiechali się życzliwie, gdy wpadał by odwiedzić „wujka Dicka”.
Jedno tylko martwiło wszystkich, choć nigdy głośno o tym nie mówili. Dziecko obrało sobie bowiem za autorytet osobę, która kompletnie się do tego nie nadawała. Aczkolwiek kapitan Jack Sparrow lubił chłopca i wcale mu nie przeszkadzało, że Patrick próbuje naśladować jego styl chodzenia, mówienia i, choć były to jeszcze bardzo niepozorne próby – życia.
Tego dnia chłopiec już od rana wyczekiwał przybycia kapitana „Perły”. Kiedy na ścieżce ukazali się czterej piraci, niemal spadł z krzesła, na którym stał by widzieć wszystko przez okno. Nie przejąwszy się tym zanadto, zbiegł po schodach i już po chwili stał salutując przed Jackiem.
- Witaj młody marynarzu – Sparrow uśmiechnął się szeroko, widząc chłopca. – Proszę zdać raport z sytuacji na okręcie!
Patrick z poważną miną zaczął wykrzykiwać na cały głos:
- Aye, kapitanie! Stan załogi: sześć szczurów lądowych, znaczy się służby, dwie damy, Starszy kapral Turner, jeszcze starszy bosman Turner, więzień... ekhm, znaczy się Gubernator Swann i łajza z Royal Navy, chciałem powiedzieć wujek Dick! Aha, no i jeszcze ja!
Jack roześmiał się głośno.
- Świetnie, marynarzu. To teraz szoruj do dam i przekaż im ukłony od kapitana Sparrowa.
Dzieciak wrzasnął „AYE, KAPITANIE!” i ku radości Gibbsa, Marty’ego i Rockstona potruchtał z zapałem do domu.
- Nadawałbyś się na ojca, Jack.
Na ustach Sparrowa pojawił się drwiący uśmiech.
- Niech bronią mnie od tego wszystkie cholerne bóstwa tego świata... wolałbym jednak, żebyście zwrócili uwagę na inną sprawę. Mamy tu „łajzę z Navy”, czyli Dicka Sharpera we własnej osobie. A jeśli Sharper, to będziemy musieli troszkę go przesłuchać... Ach! Kogóż moje oczy widzą! Piękna Elizabeth wcale się nie zmieniła w ciągu tych trzech tygodni! Czyżbym jednak widział nową suknię?
Stojąca w progu Elizabeth Turner przewróciła oczami.
- Daruj sobie, Jack. Wchodźcie, do obiadu jeszcze sporo czasu, ale przecież nie będziecie stać tu przez cały dzień.
- Ano nie będziemy. Zwłaszcza, że zaprasza nas tak piękna kobieta!
_ _ _
- Zapomniałem złożyć panu gratulacje, kapitanie Sharper! Sześć lat służby i doczekał się pan własnego okrętu. Muszę jednak stwierdzić, że w peruce panu nie do twarzy. – Jack wyszczerzył się w stronę siedzącego naprzeciw Dicka. – A czy można wiedzieć, jakiż to galeon jest teraz pod pańskimi rozkazami?
Nieco wychudła twarz Sharpera spochmurniała. Błękit tryskających niegdyś optymizmem oczu jakby przybladł, a opalona cera niemal całkiem pojaśniała. Sparrow dziękował w duchu opatrzności, że Sara nie musiała widzieć starego przyjaciela w takim stanie.
- Jak na razie załatwiłem sobie pozostanie na lądzie. – Dick wpatrzył się tępo w stojącą przed nim filiżankę. – Fakt, otrzymałem dowodzenie nad HMS „Affluence”, ale...
- Ale to łajba ledwo trzymająca się na wodzie? – podsunął kapitan „Perły”.
- Skąd! To wspaniały trójmasztowiec... po prostu nie ciągnie mnie do morza na tym statku...
Jedna brew zdziwionego Jacka powędrowała w górę.
- To znaczy, że są okręty, na których bardziej chce ci się pływać? – spojrzał na kapitana Royal Navy, na którego ustach pojawił się wątły uśmiech.
- Czy ja wiem... pewnie sam to sobie ubzdurałem... W każdym razie załatwiłem u gubernatora Swanna i swojego przełożonego, że zrobię plany okrętu, który wybudujemy... No i dopiero wtedy zacznę pływać.
- Na jego pokładzie, tak?
- Dokładnie.
W głowie Jacka zawirował natłok myśli. Jeśli Dick nie pływa na tej całej „Affluence”, można by z łatwością ją zwinąć. Z drugiej strony, co to za okręt, który chce wybudować Sharper?
- A co to za okręt chce pan budować, kapitanie? – zza pleców Jacka rozległ się głos Ericka Rockstona. – Coś w rodzaju okrętu liniowego?
- Zamknij się, Rockston! – Gibbs walnął kamrata w żebra. – Przecież oficer Navy nie powie piratom, jakie zamiary mają nasi wrogowie.
Sparrow przewrócił oczami. Fakt, jego ludzie nigdy nie grzeszyli inteligencją, ale tego typu podchody były już szczytem głupoty
Dick jednak chyba nie wyczuł w pytaniu Rockstona, bo tylko cicho się roześmiał.
- Nie, dlaczego? Żadna to tajemnica! Statek nie będzie liniowcem, broń mnie od tego Boże! Zrobiłem już plany i sadzę, że wyjdzie z tego coś pokroju hmm... „Czarnej Perły”.
W tym momencie stary Bill Turner popluł się herbatą.
- Zwariowałeś? Chcesz wykończyć cała piracką brać?
- Nie, dlaczego? Każdy może pływać na takim okręcie, jaki mu się tylko podoba...
Turner wstał.
- Dobrze wiesz, że Royal Navy tylko czyha, by zdobyć okręt tak zwrotny i szybki jak „Perła” Jacka! – walnął pięścią o stół. – Myślałem, że masz na tyle zdrowego rozsądku, by nie robić problemów starym przyjaciołom. Opanuj się, Dick! Przecież byłeś piratem! Nie czujesz żadnego powiązania z nami?
Oczy kapitana Navy niebezpiecznie się zwęziły.
- Nie wiem, o co ci chodzi. Jestem oficerem na służbie u króla i muszę dbać o jego interesy.
- A więc dlaczego siedzisz jakby nigdy nic ze mną i Jackiem przy jednym stole!? Aresztuj nas, panie kapitanie!
Jack mimowolnie się wzdrygnął. Wiedział, że Sharper ze względu na stare dobre czasy nie pojmie ani jego, ani jego ludzi, ale wzrok, jakim patrzył na Cholewę Dick przyprawiał go o dreszcze.
- Ekhm... Bill... może usiądziesz, co? Obawiam się, że z twojej herbaty nic już nie będzie... ale usiądź przy stole jak człowiek...
Ciągle nie odwracając wzroku od Dicka, stary Turner usiadł. Sparrow zlustrował go kątem oka. Co go tak zdenerwowało? Przecież wiadomo, że nikt nie jest w stanie zbudować okrętu pokroju „Czarnej Perły”!
_ _ _
Sara Turner spacerowała po plaży. Miło było odpocząć od zgiełku zatłoczonego pokładu i zamoczyć nogi w chłodnym morzu. Wszystko stawało się jakby łatwiejsze, piękniejsze i jaśniejsze.
Usiadła na złotym piasku, kładąc obok wysokie buty. Słońce zbliżało się już do zenitu i temperatura niebezpiecznie wzrosła, aczkolwiek szybko spadająca wskazówka barometru zwiastowała niedługo niezłą burzę. Faktycznie, z godziny na godziny wiatr stawał się coraz chłodniejszy i mocniejszy, a na błękitnym dotychczas horyzoncie zaczęły ukazywać się pierwsze ciemne chmury.
- Kogóż me oczęta widzą! Panna nie-wiem-jak-mam-na-imię we własnej osobie! I to w pięknym kapitańskim kapeluszu! – Sara aż podskoczyła, słysząc za sobą kpiący kobiecy głos. Odwróciła się, jakieś trzydzieści stóp dalej stała około trzydziestoletnia kobieta o płomienno rudych włosach i orzechowych oczach. Ubrana w białą, męską koszulę i czarne spodnie, tak jak panna Turner przed chwilą trzymała w dłoni wysokie oficerskie buty.
- Anabella Black. Cóż za spotkanie!
Ruda podeszła do niej i usiadła obok.
- Cóż to sprowadza moją tajemniczą znajomą do Port Royal, hm?
- Miałam zamiar zadać to samo pytanie – kącik ust Sary lekko drgnął.
- Dobra, najpierw ty, później ja. Ale tak na marginesie, jak się dzisiaj nazywasz, co?
Po plaży rozbiegło się echo dźwięcznego śmiechu piratki.
- Sara, Sara Turner. I tak już zostanie na zawsze. Możesz sobie to zanotować w łepetynie.
- Tiaa... już notuje. To co? Skąd się tu wzięłaś? Kolejne zadanie od bajkowego szefa?
- Nie. Jones należy już do przeszłości. Zwinęłam interes i teraz żyję na własną rękę.
Przez siedem lat Ana była jedyną osobą, której Sara wyjawiła część swych tajemnic. Nie zrobiła tego wbrew pozorom, by się wyżalić – rudowłosa kobieta miała po prostu znajomości w każdym zakątku Karaibów, dzięki czemu często pomagała pannie Turner w wykonywaniu rozkazów kapitana „Holendra”. Z tego wszystkiego jednak okazało się, że Anabella Black i Sara Turner stały się przyjaciółkami na dobre i na złe. Możliwe, że dlatego, iż ta pierwsza nie zadawała wielu pytań, tylko przyjmowała wszystkie wytłumaczenia. Na początku Sarę to dziwiło, ale Ana zawsze mawiała, że „po prostu zna się na ludziach”.
-No więc co? Przyjęłaś się na jakiś okręt? – rudowłosa zaczęła się bawić jednym kosmykiem lekko kręconych włosów.
-No... można tak powiedzieć. Jak na razie zostałam zmuszona do pływania w roli któregoś z rzędu oficera i czekam na okręt.
- Nie żartuj! Co za idiota da ci statek pod opiekę?
- Ktoś, kto jest zdesperowany do bycia komodorem, czyli Jack Sparrow we własnej osobie. – wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. – Poza tym nie wiadomo jak długo jeszcze będę czekać na okręt... Zresztą nieważne. Co u ciebie? Dalej pływasz na „Red Sun”?
- Skąd! Kapitan Rogers poszedł na dno podczas sztormu i tym samym straciliśmy list kaperski. Wróciliśmy tu prosić o nowy, ale Swann przy okazji dał nam nowego kapitana. Problem w tym, że ten idiota jest strasznie przesądny...
- ... I wywalił kobietę z załogi – dokończyła Sara z kwaśną miną. Panna Black zaśmiała się.
- Żeby tylko! Uznał, że kobietę przyjąć ewentualnie by mógł, ale jeżeli na dodatek jest rudą starą panną, to on woli zawczasu zatopić okręt w porcie.
Obie zaczęły się śmiać. Kiedy wreszcie się uspokoiły, Ana spojrzała poważnie na przyjaciółkę.
- O ile wiem, to w porcie stoi kilka godnych uwagi łajb. Mnie tu znają, więc możemy się tam trochę pokręcić. A nuż coś się trafi.
Sara pokiwała energicznie głową.
- Czemu nie, chociaż najpierw muszę wrócić i powiadomić swoją załogę, bo możemy nie wrócić do sztormu. – wzrok dziewczyny mimowolnie skierował się ku czarnym chmurom, coraz bardziej zbliżającym się do brzegu.
- Jasne. Chodź! – rudowłosa pociągnęła Sarę za rękaw i obie ze śmiechem ruszyły w stronę „Perły”.
_ _ _
- Trochę dziwna ta twoja załoga. – Dwie kobiety przemierzały wolnym krokiem ulice Port Royal. – Zwłaszcza ten cały cieśla. Po jaką cholerę walił młotkiem w ster, co?
- A ja wiem? Może korników szukał... – Sara Turner uśmiechnęła się zawadiacko. – Szkoda że nie poznałaś kucharza. Uwierz mi, kiedy tylko zdobędę ten okręt, od razu wywalę skurczybyka. Chyba chce nas wszystkich otruć!
Obie parsknęły niepohamowanym śmiechem. Tymczasem przed nimi ukazał się port. Już z daleka wybijał się wielki okręt liniowy, HMS „Independence*”. Zaraz obok niego cumowały mniejsze jednostki Royal Navy: HMS „Cassanova”, pełen biegających tam i z powrotem tragarzy, niezwykle dobrze uzbrojony HMS „Cornwall” (Sara nie mogła nie zauważyć ponadprzeciętnego zanurzenia jednostki) oraz czyszczonego przez zastępy marynarzy HMS „Fluster**”. Wszystkie te jednostki były naprawdę wspaniałe, ale roje biegających wokół żołnierzy uniemożliwiły przyjaciółkom zbliżenie się do nich. Dalej stała jeszcze tylko jedna, mniejsza jednostka wojskowa – dwumasztowy HMS „Cassandra”. Potem rozpoczynały się już jednoski typowo handlowe, które panny Turner w ogóle nie interesowały.
- To co, wracamy? – Sara spojrzała na przyjaciółkę, która nadal uparcie przepychała się przez gęsty tłum.
- Chodź, tam stoi jeszcze „Affluence***”. Muszę powiedzieć, że dziwię się jego kapitanowi, że siedzi cały czas w porcie.
- Dlaczego?
- Zaraz zobaczysz. Naprawdę, to porządna jednostka, z tego co wiem przy sprzyjającym wietrze wyciąga do jedenastu węzłów. Wiem – spojrzała wyzywająco na Sarę, która już otwierała usta, żeby powiedzieć, jaka szybka jest „Perła” – Wiem że to nie jest szczyt twoich marzeń, ale warto spojrzeć.
HMS „Affluence” był faktycznie piękną jednostką. Pedantycznie czysty cumował spokojnie w samym rogu ogromnego portu, majestatycznie unosząc się na delikatnych falach.
- Dlaczego nikt na nim nie pływa? – Anabella podeszła do jednego z żołnierzy. – Przecież okręt jest całkiem sprawny...
Mężczyzna uśmiechnął się na widok rozchylonej koszuli kobiety.
- Kapitan Sharper buduje nowy okręt. Ten przejdzie w inne ręce, gdy skończą się prace nad HMS „Georgem I”.
Sara słuchała z zaciekawieniem. Zawsze wiedziała, że Dick potrafił rysować plany okrętów, nigdy nie przeszło jej jednak przez myśl, że mógłby budować go dla Royal Navy.
Tymczasem panna Black powabnie się uśmiechając wypytywała żołnierza.
- Ten „George”... jest już zbudowany?
- Nie! Niedawno zaczęły się nad nim prace! Z tego co wiem, to wstępnie mówi się, że wodowanie miałoby nastąpić za jakieś dziesięć miesięcy. Chociaż, jeśli nasze stosunki z Francją się pogorszą, król będzie nalegał, żeby budowę przyspieszyć. Sama panienka wie... – chwilowo przeniósł wzrok z dekoltu na pełne usta Any – nie często tak wspaniałe jednostki są budowane przez naszych cieślów...
Rudowłosa przywołała jeszcze jeden powalający uśmiech i powolnym krokiem ruszyła w stronę Sary.
- Co o tym myślisz? – zapytała, kiedy już przywróciła swój dekolt do normalnych rozmiarów. – O ile się nie mylę dobrze znasz tego kapitana...
- Tak... – piratka uśmiechnęła się smutno – Nadal nie mogę uwierzyć, że Dick zaciągnął się do Navy...
- A co tym okrętem? Myślisz, że Sharper stworzy coś wielkiego?
- Nie sądzę... Zawsze uważał, że liniowce są beznadziejne. O wiele bardziej wolał szybkie i zwrotne jednostki...
- Czyli takie, jakich ty szukasz! – Anabella wyszczerzyła zęby. – Chyba nadużyję jeszcze raz moich znajomości... tym razem wśród cieślów...
_ _ _
Mężczyzna pilnujący „Affluence” miał całkowita rację. Przyszłą chluba Port Royal była jak na razie jedynie niewykończonym kadłubem i stosem desek w magazynie. Jedno było pewne – nawet widząc go z bliska nie można było nic konkretnego powiedzieć. Na całe szczęście sprytna panna Black dowiedziała się, że plany okrętu znajdują się w gabinecie Sharpera, który obecnie znajduje się na uroczystości rodzinnej u państwa Turnerów.
Tak więc podczas gdy Anabella czarowała swymi wdziękami trzech młodych żołnierzy wyznaczonych do pilnowania domu kapitana, Sara wemknęła się doń przez okno i po krótkim przeszukaniu znalazła to, czego szukała – plany HMS „George’a I”.
Mimo, że Sara zazwyczaj potrafiła panować nad swoimi emocjami, tym razem niemal spadła z krzesła, na którym przysiadła. Z niedowierzaniem przeglądała kolejne rysunki jednostki, nieświadomie ocierając z oczu pojedyncze łzy. I mogłaby tak siedzieć jeszcze długo, gdyby nie gwizd, który pobudził wszystkie jej zmysły do ponownego funkcjonowania.
Z przerażeniem uświadomiła sobie, że Ana miała gwizdać, gdyby któryś z żołnierzy postanowił jednak sprawdzić gabinet. Zerwała się z krzesła, chwyciła jeden z rysunków i szybko wydostała się przez okno na dach. Na szczęście dom Dicka nie był wyjątkiem w zabudowie miasta – przylegał do rzędu innych budynków. Wykorzystując to piratka przebiegła całą główną ulice po dachach, aby następnie, słysząc krzyki żołnierzy, skoczyć w stóg siana i razem z Aną schować się w pobliskiej tawernie.
- Czyżby widok twojego biustu znudził się młodym przystojniakom? – wydyszała, kiedy skierowały się ku zdziwionemu barmanowi.
- Nie. Po prostu przyszła żona jednego i na mój widok zaczęła obkładać go wachlarzem. Tamci, żeby też nie dostać, woleli iść i sprawdzić gabinet. – przerwała, rzucając jedną monetę na ladę. Stary barman porwał łapczywie złoty krążek i zaczął nalewać do kufli rum. Przyjaciółki tymczasem usiadły w rogu niemal pustego pomieszczenia. Ruda głośno wypuściła powietrze z ust.
- Było gorąco. Myślałam, że cię złapią na tym dachu. Ale to teraz nieważne. Gadaj, czego się dowiedziałaś.
Sara zmarkotniała. Wyłożyła na stół rysunek okrętu, który włożyła do kieszeni płaszcza i bez słowa na niego spojrzała.
- To on? – Ana pochyliła się, by lepiej widzieć starannie wykonany szkic. – No cóż, trzeba przyznać, że ma głowę ten Sharper.
- Czy ja wiem. – uśmiechnęła się blado. – Musiał się wykazać raczej dobrą pamięcią i wprawnym okiem. To... to jakby kopia „Mrocznej Gwiazdy” z kilkoma poprawkami i elementami żywcem wziętymi z „Czarnej Perły”.
Orzechowooka zagwizdała przeciągle.
- No to ładnie. Jak już go skończą, będzie najlepiej pilnowanym okrętem w Indiach Zachodnich...
- Warto też wspomnieć, że ta łajba z Dickiem przy sterze i przy akompaniamencie kilku liniowców bez problemu rozwali każdego pirata. – mruknęła, chowając zwój przed nadchodzącym barmanem. Na chwilę nastała cisza, przerywana tylko świszczącym oddechem mężczyzny i odgłosem stawianych kufli.
- No więc co zrobisz? – mimo, że barman wrócił do lady, Ana nadal mówiła przyciszonym głosem.
- Nie wiem. Pokażę to Jackowi, razem coś wymyślimy. Teraz szczerze powiedziawszy najchętniej wpakowałabym z pięć kul w łeb Dicka, ale to dość nieracjonalny pomysł.
W tym momencie o brudne okna tawerny zaczęły dudnić wielkie krople deszczu. Po chwili dwie kobiety usłyszały potężny grzmot i za szybą ujrzały rozjaśniającą niebo błyskawice.
- No to ładnie. – ruda skrzywiła się i wyciągnęła nogi na stół. – Ugrzęzłyśmy tu na dobre.
- Hmm...To co robimy? – jedna brew Sary wychyliła się lekko do góry, gdy ta zwróciła głowę w stronę barmana.
_ _ _ _
- A wtedy... a wtedy... – obie kobiety wybuchły niepohamowanym śmiechem. Anabella, która już leżała na drewnianej ławie zaczęła walić ręką o stół a Sara z wielkim hukiem spadła z krzesła na ziemię.
- A wtedy on powiedział... że jestem rudą kurwą i dupodajną małpą – wydusiła Ana, ciągle tarzając ze śmiechu po ławie – Rozumiesz? Dupodajną małpą!
Barman z niewyraźną miną podszedł do rozbawionych przyjaciółek i chwycił dwa puste już kufle. Sara podniosła głowę z podłogi i zamachała ręką.
- Panie barmanie! Jeszcze dwa razy rum proszę! – jej nieprzytomne spojrzenie skierowało się na chwilę w stronę rudowłosej, która w tym momencie z piskiem spadła na podłogę, aby po chwili znów powrócić do niepohamowanego chichotu.
W tej chwili drzwi karczmy otworzyły się. Do środka wszedł olbrzymi murzyn. Powoli zlustrował całe pomieszczenie, zatrzymując wzrok na dwóch pijanych piratkach. Podszedł do Sary, która zobaczywszy go dostała takiego ataku śmiechu, że zaczęła walić głową o leżące obok krzesło, na którym jeszcze chwilę wcześniej siedziała.
- To jest Joe... – przerwała nie mogąc powstrzymać się od śmiechu. – Joe jest z ...ha, ha... Afryki... – i znów zaczęła się śmiać.
Murzyn lekko się uśmiechnął i wziął Sarę na ręce. Ta jednak zaczęła tak straszliwie piszczeć, że chcąc nie chcąc musiał porzucić zachowanie godne gentlemana i przerzucić panią kapitan przez ramię. I już chciał wyjść z tawerny, kiedy przypomniał sobie, że za stołem leży jeszcze jedna kobieta. Wiedziony dobrym wychowaniem chwycił również drugą śmiejącą się pannę.
- NIE! – usłyszał pisk należący do swojej przełożonej. Weź jeszcze rysunek! RYSUNEK! – zawyła i w momencie zasnęła. Joe chwycił zwój leżący na stole i wysłuchując sprośnej piosenki śpiewanej przed rudowłosą oraz krzyków barmana, który domagał się zapłaty za osiem kufli rumu, wyszedł na mokrą od deszczu ulicę.
Spojrzał w niebo. Przed chwilą przestało padać, ale wydawało się, że lada moment ciężkie chmury nie wytrzymają i znów zacznie się ulewa.
_ _ _ _
Nieboskłon rozdarła kolejna błyskawica, zwiastując rychły powrót ulewy. Sparrow siedział w swojej kajucie, co chwila spoglądając na rozłożoną na biurku mapę. Denerwowało go, że Joe tak długo nie wracał. Coś musiało się stać. Ta wariatka na pewno zdążyła się w coś wpakować.
Mijały kolejne godziny. Jack, ciągle siedząc przy stole zdrzemnął się już ze trzy razy. I teraz po kajucie rozległo się głośne chrapnięcie.
Równo z wybiciem północy rozległo się głośne pukanie do drzwi. Kapitan „Perły” skoczył na równe nogi.
- Wejść!
Światło pioruna ukazało stojącą w progu olbrzymią postać o nieludzkich kształtach. Przerażony Jack wrzasnął i schował się za krzesłem.
- Eeee... kapitanie, znalazłem ją. – potwór przemówił znajomym głosem. Dopiero po chwili dotarło do pirata, że to przemoczony do suchej nitki Wielki Joe trzymający na ramionach jakieś dwa worki. Kiedy murzyn zamknął drzwi a Jack porządnie przetarł oczy, okazało się, że to nie worki tylko dwa tyłki. Bardzo zgrabne tyłki.
- Ekhm... powiedz mi przyjacielu... KTO to jest...?
Joe westchnął.
- Ta po mojej prawej to pani kapitan Turner a po lewej jej towarzyszka. Pierwsza zasnęła jeszcze w tawernie, druga jakieś pięć minut później po odśpiewaniu kilku pieśni szantowych w wersji operowej. Gdzie...
-AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Powietrze w kajucie rozdarł straszliwy krzyk. Przerażony Sparrow znowu schował się za krzesło, natomiast nie mogący się ruszyć Joe zrzucił z siebie wrzeszczący obiekt.
Na podłodze wylądowała kupa mokrych ubrań i masa rudych włosów.
-Jezus Maria! Potwór! – wrzasnęły włosy i wśród nich ukazała się blada twarz kobiety.
Sparrow wychylił się zza krzesła.
- Racja... rudy potwór – jęknął, przypatrując się leżącej na ziemi postaci. Gdzieś w okolicy pleców Jima rozległo się przeciągłe chrapnięcie.
Tymczasem kobieta zdołała się jakoś pozbierać i ku niezadowoleniu kapitana „Perły” w mokrym ubraniu siadła na jego koi.
- Eee... gdzie ja jestem?
- Jeśli już o twojej osobie mowa, to może najpierw nam się przedstawisz? – pirat w końcu wyszedł z zaimprowizowanej kryjówki i oparł się o stół.
Kobieta próbowała wstać, ale tym razem jej się to nie udało. Opadła z powrotem na koję i westchnęła.
- Anabella Black.
- Bardzo mi miło. A teraz – Sparrow zwrócił głowę ku Jimowi – proszę powiedzieć co ta miła pani robi na moim statku.
-A mogę najpierw zanieść panią kapitan do oficerskiej? – w ciemnych oczach murzyna kryła się wyraźnie dostrzegalna prośba.
Jack przewrócił oczami.
- A połóż ją u mnie, koja i tak już jest cała mokra.
- No przepraszam bardzo, ja się z tym zgodzić nie mogę. – panna Black spojrzała nieco trzeźwiejszym spojrzeniem na kapitana. – Nie pozwolę, by pijana Sara Turner spała u jakiegoś pirata w kajucie.
- No przecież później ją stąd zabierzecie!
Podrapała się po głowie i zachwiała. Przez krótki moment wydawało się, że zaśnie na siedząco, jednak tylko lekko potrząsnęła głową i wpatrzyła się w murzyna, który delikatnie ułożył śpiącą Sarę na koi.
- Ze mną się tak nie dało? – spytała z wyrzutem. – Musiałeś rzucać mną jak beczką rumu!?
- Nigdy nie rzucam beczką rumu, panienko. Jest zbyt cenny.
Joe usiadł na fotelu w drugim kacie kajuty i zwrócił się w stronę kapitana.
- Szukałem pani kapitan w porcie przez dłuższy czas, ale nigdzie jej nie było. Jakiś kupiec powiedział, że widział dwie kobiety idące w stronę stoczni, więc i tam się udałem, ale żołnierze mnie nie przepuścili. W końcu postanowiłem przeszukać miasto. Problem w tym, że nagle lunął deszcz a wszyscy zaczęli biegać jak w agonii. Każdego przeszukiwano od stóp do głów, a wokoło pojawiło się tylu mundurowych, że postanowiłem skryć się w tawernie...
Opowieść przerwał atak niekontrolowanego śmiechu w wykonaniu Anabelli Black. Wściekły Sparrow wcisnął jej butelkę z rumem do ręki, a ta zająwszy się nią przestała chichotać.
- No i co było dalej?
- Trafiłem na złą tawernę, bo akurat rozpętała się tam bijatyka. Usiadłem z brzegu lady, przeczekałem burzę rozwalając każdego matoła który do mnie podszedł i gdy przestało padać ruszyłem dalej. Panią kapitan i tą... panią znalazłem w takiej zapuszczonej norze... No w każdym razie wziąłem je obie, bo nie wypadało zostawić damy w potrzebie i wróciłem tutaj. Aha... – wyciągnął z kieszeni prawie nie zamoczony zwój. – Pani kapitan kazała mi to wziąć zanim zasnęła.
Jakby słysząc, że mówi się o niej, panna Turner przekręciła się na bok i wygłosiła niezrozumiały dla nikogo krótki monolog.
Sparrow rozwinął rulon i zdumiony spojrzał na rysunek nań naniesiony – szkic okrętu. Nad szkicem widniała skreślona nazwa „Falling Star” a obok, szerokim, zamaszystym pismem dopisano HMS „George I”.
- Jasna cholera... – Jack oparł głowę o rękę. – To jest ten statek o którym mówił Sharper.
- Kapitan Sharper! – usłyszał piskliwy głos dochodzący z koi. Najwyraźniej Anabella już skończyła konsumpcję rumu. – Kapitan Sharper wybuduje okręt, który rozwali każdego pirata!
I znów zaniosła się śmiechem. Jack krzywiąc się podsunął jej kolejną butelkę z rumem.
- Wiecie coś więcej na temat tego okrętu?
Kobieta pokiwała głową upijając kilka łyków rumu. Wpatrzyła się w Jacka zamglonymi oczami. Temu już całkiem powróciło trzeźwe myślenie, bo podszedł do koi i potrząsnął pijaną rudowłosą.
- Kiedy będzie gotowy? Co o nim wiesz?
- Eee... za dziesięć miesięcy wodowanie... na razie to ledwo sklecony kadłub jest... Ale jak pan chce zwinąć okręt to wystarczy „Affluence”... Ładna łajba... naprawdę ładna.
Puszczona przez Sparrowa zachwiała się, ale utrzymała pozycję siedzącą. Tymczasem kapitan zaczął przechadzać się tam i z powrotem po kajucie mamrocząc pod nosem.
- Jeśli zabierzemy mu „Affluence”, zapewne wywalą go z Navy... mają już plany, Sharper im niepotrzebny. Poza tym mogliby je wtedy zmienić i spieprzyć okręt... Nie mamy wyboru... musimy zaczekać na ukończenie prac... Wtedy go dorwiemy...
- Przepraszam kapitanie że się wtrącam... – Joe spojrzał na Jacka nieco zmęczonym wzrokiem. – Ale po pierwsze „George I” będzie najlepiej strzeżonym okrętem na całych Karaibach a po drugie – kątem oka spojrzał na śpiącą Sarę. – Wątpię, czy pani kapitan Turner będzie zadowolona z dziesięciu miesięcy czekania. A byle jakiej jednostki zastępczej jej kapitan nie wciśnie...
Jack musiał przyznać mu rację. Ale jeśli nie „George I” – swoją drogą, czemu nadali mu taką durną nazwę?**** – to jaki okręt dorówna „Czarnej Perle”?
- No, panie kapitanie... – Rudowłosa uśmiechnęła się szeroko, kładąc na podłodze pustą butelkę i niemal się przy tym nie przewracając. – Jak nie ma pan co robić przez dziesięć miesięcy, to albo zrób se pan syna, albo płyń na północ do samego Luchtara....
Z tymi słowami klapnęła na koję obok Sary i zasnęła.
_ _ _
* Independence - Niepodległość
** Fluster - Popłoch
*** Affluence - Dostatek
**** Pytanie Jacka ma jednoznaczną, prostą odpowiedź. Navy skreśliło nazwę nadaną okrętowi przez Dicka (kojarzącą się przede wszystkim z dniem "śmierci" Sary) i zmienili na imię ówczesnego władcy Brytyjskiego - Jerzego I - w angielskikm przekładzie Georga I - który, bagatela, wkrótce umrze. Mamy bowiem pierwszą połowę roku 1727, a w październiku zostanie ogłoszona śmierć króla, który umrze z powodu ataku apopleksji.
komentarze [14]
IV. "Kiedy wszystko idzie nie tak." >> sobota, 1 września 2007 10:47:31
No więc udało się. Zdążyłam coś naskrobać przed końcem wakacji. Do szkoły pójdę z czystym sumieniem. :-)
Cóż więcej mam napisać? Mam nadzieję, że za jakiś miesiąz znowu znajdę chwilę i następny rozdział się pojawi. Jak na razie po prostu nie będę miała czasu - sami wiecie: nowa szkoła, nowi znajomi... trzeba się zaaklimatyzować. Tak więc nie kolejna część pojawi się nie wcześniej niż za miesiąc.
No ale przestaję już ględzić i zapraszam do czytania!
***
Nastał świt. Spici piraci od kilku godzin spali w najlepsze w mesie. Ci, którzy ostatniego wieczoru pełnili wartę i zachowali trzeźwość, teraz czyścili pokład po burdzie.
Jack Sparrow stał przy sterze. Na schodkach prowadzących na mostek kapitański przysiadła Sara, znów w kapeluszu przysłaniającym oczy, tym razem jednak w innej, czystej koszuli, którą znalazła w oficerskiej.
- Płyniemy na Tortugę, żeby zwerbować załogę, chociaż jeszcze nie znalazłeś odpowiedniego okrętu? – ironiczny uśmiech przemknął po twarzy piratki. – I gdzie niby chcesz tych wszystkich ludzi zmieścić?
Sparrow skrzywił się.
- Przecież nie będę brał całej załogi! Chodzi tylko o kilka doświadczonych osób, które potrafiłyby szybko wyprowadzić okręt z ostrzeliwanego portu.
Spojrzała na niego pytającym wzrokiem. Sparrow westchnął, zablokował ster i rozsiadł się obok.
- Niezależnie od wszystkiego, będę szukał szybkiej, zwrotnej i dobrze uzbrojonej jednostki. Niestety, kupcy mimo że dobrze się zbroją, preferują bardziej ładowne, powolne okręty, natomiast Royal Navy chroni takich jak oka w głowie...
-... Na szczęście kapitan Sparrow ma już pomysł... – wyszczerzyła zęby wpatrując się w jednego z piratów, który najwyraźniej obudził się z pijaczego snu, a teraz ze względu na obecność na pokładzie kapitana, próbował chwycić się jakiejś roboty.
- Widzisz, słonko – Sparrow ściągnął kapelusz i położył go obok siebie. – postanowiłem zapoznać się ze statkami Navy podczas mojej wizyty w Port Royal.
- Taa... gratuluję pomysłu... wycieczka krajoznawcza po dokach Royal Navy to coś, co kapitan Sparrow lubi najbardziej. – przewróciła oczami. Niesforny pirat w tym czasie przywlókł za sobą wiadro i szmatę. Osunął się na pokład i począł go szorować, co chwila zamaczając kawałek materiału w chłodnej wodzie.
- Najbardziej to ja lubię siedzieć jak najdalej od jakiegokolwiek portu, ale jak trzeba, to trzeba... – na ustach kapitana pojawił się wredny uśmiech. – poza tym ośmielę się wykorzystać małą uroczystość w twojej rodzinie.
- Uroczystość? Niby jaką?
- Widzę, że panna Turner przestała liczyć dni. – Sparrow spojrzał na nią poważnie. – Za trzy i pół tygodnia minie dokładnie siedem lat od zatonięcia Czarnej Floty i narodzin twojego bratanka.
Zaskoczyły ją słowa pirata. Dni nie liczyła już dawno, nie miała takiej wewnętrznej potrzeby. Poza tym całkiem zapomniała, że Elizabeth była wtedy w ciąży. William zyskał syna i stracił siostrę – uświadomiła sobie nagle, zatapiając się we własnych myślach.
Sparrow wiedział, że przez następne kilkanaście minut piratka nie odezwie się ani słowem. Wstał, nawrzeszczał na owładniętego kacem podwładnego, który włożył obolały łeb do wiadra pełnego wody, zalewając przy okazji kawał pokładu, a następnie powrócił do steru. Odblokował go i zakręcił lekko kołem, obracając statek dokładnie w stronę Tortugi.
- A więc Will znowu zamieszkał w Port Royal? – musiało minąć sporo czasu, zanim znowu się odezwała.
- Ano, wrócił. – Jack spojrzał na nią przeszywającym wzrokiem. – Wszyscy tam teraz mieszkają.
- Wszyscy? – zmarszczyła brwi, zastanawiając się kogo pirat ochrzcił tym mianem.
- Will, Elizabeth, ta murzynka, Rosaline - o ile się nie mylę to ona opiekowała się małym Turnerem... oprócz tego jest tam też twój ojciec, który miał pływać ze mną, ale kiedy zobaczył wnuka uznał, że przydałoby się ustatkować... No i Dick Sharper…
Zrobiło jej się gorąco. Przez wszystkie lata miała nadzieję, że spotka go na morzu, tymczasem jak się okazuje, jej ukochany opiekun osiedlił się na lądzie...
- Co u niego? – starała się, aby ton jej głosu brzmiał obojętnie, co w ogóle jej nie wyszło. – Ożenił się?
- Kto? Dick? – Jack roześmiał się. – On chyba tylko z tobą mógłby się ożenić. Nie, siedział najpierw i reperował statki... Potem coś mu się poprzestawiało i jakiś rok po twojej ekhm... śmierci, zszedł na złą drogę.
- Zaczął chlać jeszcze więcej niż zwykle? – przed jej oczyma pojawiła się absurdalna wizja brudnego i pijanego Sharpera, słaniającego się po pirackiej dzielnicy. Otrząsnęła się, patrząc pytająco na Jacka.
- Niestety, Dicka już straciliśmy. – Sparrow pochylił się nad nią i przywołał teatralny szept, łapiąc się za gardło, jakby nie mógł tego z siebie wydusić. – Najpierw uznał, że morze przywołuje złe wspomnienia więc nie może nadal być piratem. W końcu po jakimś roku doszła nas straszliwa wiadomość, że wybrał najnędzniejszą z ludzkich ścieżek.
- Matko jedyna, Jack, co on takiego zrobił? Zaczął mordować? Gwałcić? Palić domy?
Pirat spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem.
- A co w tym złego? Nie... Ten idiota zaciągnął się do Royal Navy! Chodzi teraz w tym debilnym mundurze z peruką na łepetynie i obnosi się ze sobą jak z jakimś panem i władcą. Jeśli się nie mylę, to nawet ostatnio awansował...
Sara roześmiała się głośno, na co kilku piratów odwróciło ze zdziwieniem głowy.
- Nie uwierzę... Dick w Navy? To przecież absurd!
- Bardzo korzystny dla nas absurd. – Jack wyszczerzył zęby. – Jakby nie patrzeć, może nam pomóc ze znalezieniem okrętu.
Sara wstała i stanęła obok Sparrowa. Nie przejmując się tym, że kapitan lustruje ją kątem oka, wpatrzyła się w horyzont. Delikatny wiatr owiał jej twarz tak, że poczuła się wolna od wszystkich problemów i zmartwień. Przymknęła oczy i uśmiechnęła się. Piracki statek i morze – tego jej najbardziej brakowało...
Nagle, poczuła, jak ktoś chwyta ją za rękę. Otworzyła oczy. Sparrow przyciągnął ją do siebie i położył jej dłoń na sterze. Zdziwiona spojrzała na pirata pytającym wzrokiem.
- Podobno mam cię zrobić kapitanem, prawda? – uśmiechnął się pokazując złote zęby. – A jeśli tak, to muszę wiedzieć, czy nie wyszłaś z wprawy.
Odsunął się od niej i zszedł z mostka kapitańskiego z taką miną, jakby właśnie znalazł na ulicy sakiewkę pełna złotych monet. Już miał wejść do swojej kajuty, gdy nagle zatrzymał się. Spojrzał spod kapelusza na oszołomioną piratkę, która nadal niepewnie trzymała w jednej dłoni ster.
- Jak ci się nie spodoba, zawsze możesz komuś ster oddać. Zresztą, jeśli nadal chcesz się ukrywać, wystarczy powiedzieć, że postanowiłem nauczyć syna zawodu...
Wszedł do kajuty, głośno trzaskając drzwiami. Sara została sam na sam z „Czarną Perłą”. Uśmiechnęła się delikatnie, czując kolejny powiew bryzy na twarzy. Sparrow dobrze wiedział, że tęskniła za tym uczuciem, kiedy stoi się przy kole sterowym, dowodzi okrętem... kiedy jest się wolnym...
- Cóż to się wydarzyło ostatniej nocy, że pierwszy widok jaki staje mi przed oczami z rana to nasza tajemnicza, morska księżniczka w przebraniu, stojąca za sterem?
- Sugeruje coś pan, panie Rockston?
Blondyn dwoma susami przeskoczył schody i pojawił się na mostku.
- Czy ja coś sugeruję? No wiesz, kiedy na statku pojawia się kobieta, męskie ego zaczyna wariować...
-... czego najlepszy dowód mam przed sobą? – szturchnęła go lekko, przywołując kpiący uśmiech. Erick skrzywił się nieco, ale zaraz na jego opalonej twarzy znów pojawił szeroki uśmiech.
- Powiedzmy, że ja moje ego zaspokajam w portach. Natomiast kapitan... tutaj jest różnie...
Przewróciła oczami. Erick zmienił się, nawet bardzo. Zbawienny wpływ kapitana Sparrowa przeszedł także na niego.
- Słuchaj no, ja nie wskakuję do łóżka każdemu napotkanemu kapitanowi...
- A kto powiedział że Sparrow jest każdym? – chłopak wyszczerzył zęby i stanął za nią. Poczuła, jak bawi się jej włosami. Zagryzła wargi i łokciem walnęła go prosto w żebra. Pirat natychmiast odsunął się i wrzasnął:
- Nikt cię nie nauczył, że kamratów się nie bije?
-A ciebie nikt nie nauczył jak obchodzić się z kobietami przy sterze?
Spojrzał na nią, jakby była wyjątkowo grubym i ohydnym robakiem.
- Wyobraź sobie, że nigdy nie miałem sposobności pływania z kapitanem – kobietą.
Zakręciła lekko kołem wpatrując się w horyzont.
- No, to trzeba nadrobić straty. Tak się składa, że masz takową przed sobą, więc nie musisz daleko szukać.
Chłopak roześmiał się serdecznie.
- Nie, dziękuję. Dobrze mi tu, na „Czarnej Perle”. Poza tym – ściszył głos, mówiąc jakby sam do siebie. – Mam złe wspomnienia związane z takimi jak ty...
- Hmm... – w ciemnych oczach, wypatrujących czegoś na horyzoncie pojawił się tajemniczy błysk. – Czyżby śmierć ledwo znanej ci piratki, którą zresztą załatwił twój ojciec, była dla ciebie wstrząsem tak wielkim, że żywot bogatego panicza zamieniłeś na korsarską tułaczkę?
Odwrócił się tak nagle, że aż podskoczyła. Jego niebieskie oczy płonęły takim gniewem, że przez ułamek sekundy chciała odwołać wszystko, co powiedziała.
- Sparrow ci powiedział, tak? – warknął. – Co jeszcze o mnie opowiadał?
- Panie Rockston, czy naprawdę myśli pan, że nie mieliśmy z kapitanem innych tematów? Nie, Jack niczego mi nie powiedział. Wystarczyło, że zobaczyłam tu pana i chwilę porozmawialiśmy, a wszystko ułożyło się w jedną, spójną całość. – westchnęła widząc, że teraz przypatruje jej się cała załoga. „Raz się żyje” – pomyślała, blokując ster. Podeszła do Ericka, którego oczy ciągle płonęły żywym ogniem.
- Nie musiałam wiele główkować. Wystarczyło, że wczoraj wieczorem zacytowałeś moje słowa. Cieszę się, że na pirackim okręcie poznałeś wreszcie swoje powołanie. Tyle że życie to nie tylko sukcesy. Popatrz choćby na mnie. Miałam trzy niesamowite okręty, wielu wspaniałych kamratów i góry złota. W jednej chwili straciłam wszystko, na co pracowałam. – Nieświadomie zaczęła podnosić głos, niemal już krzycząc. – A teraz stoję tu przed wszystkimi, między innymi przed ludźmi, których jeszcze siedem lat temu mogłam nazwać swoją załogą i otwarcie mówię, że upadłam na dno. Tyle że znam siebie i wiem, że to nie koniec. Zdobędę okręt, choćbym miała rozwalić przy tym całe Karaiby. Zwerbuję załogę, choćbym miała szukać na drugim końcu świata. Wrócę i pokażę wszystkim, że to nie statek czyni pirata, ale jego determinacja i umiejętności.
Na okręcie zapadła całkowita cisza. Wszyscy przerwali swoje zajęcia i wpatrywali się w Sarę rozszerzonymi ze zdziwienia oczami. Erick Rockston, od którego nadal nie odrywała wzroku, blady jak ściana z niedowierzaniem kręcił głową.
Nagle, rozległy się pojedyncze oklaski. Ze zdziwieniem spojrzała w stronę z której dochodziły. Jack Sparrow opierał się o reling, uśmiechając się szeroko.
- Tak więc, mates – zaczął podniesionym głosem. – mamy już odpowiedniego kandydata na kapitana nowego okrętu. Pani kapitan Turner... – skłonił się lekko w jej stronę.- po dość długich negocjacjach zgodziła się objąć tą funkcję w bardzo niedalekiej przyszłości. Na razie jednak prosiłbym o traktowanie jej tak, jakby sprawowała funkcję pierwszego oficera. Nie sądzę, by sprawiło wam to trudność, jako że znaczna część was zna ją od paru dobrych lat.
Kolejny raz na pokładzie zapanowała kompletna cisza. Jack rozejrzał się wokół ze zdziwieniem.
- Na co jeszcze czekacie?! Wracać do roboty leniwe łajnoroby! Jak tu wrócę cały pokład ma lśnić jak nowy!
Wokół zapanował chaos. Zadowolony Sparrow przywołał do siebie Sarę, a wciąż blademu Erickowi kazał zająć się sterem. Kiedy dziewczyna zbiegła po schodach, gestem zaprosił ją do kajuty.
- Gratuluję, kapitanie Sparrow. Wspaniałe przemówienie. – spojrzała na pirata, który właśnie rozsiadł się w swoim fotelu.
- Obawiam się, że twojego nikt by nie pokonał. Do teraz drżą ci ręce.
Nie wiedząc co powiedzieć, usiadła w fotelu który zajmowała poprzedniego dnia.
- O to ci chodziło, prawda? Żebym sama się przyznała.
- Możesz to tak zinterpretować, choć faktycznie wywoła to pewnie lepsze skutki niż gdybym to ja wszystko powiedział .
Spojrzała na niego złym wzrokiem. Miał rację, ale co z tego? Nie tak planowała ten rejs. Wszystko szło nie tak, od zachowania Sparrowa do kursu statku włącznie. Dużo łatwiej by było wykonać rozkazy Jones’a – przeszło jej przez myśl.
„A kto powiedział, że będzie łatwo?” – odezwał się głosik w jej głowie. – „Słuchanie kapitana „Holendra” było od początku pójściem po najmniejszej linii oporu.”
Potrząsnęła głową. Nie, to była jedyna droga do przyszłego wyzwolenia. Wierzyła w to całym sercem i nikt jej nie powie, że źle postąpiła.
- No więc, Sparrow, po co mnie wezwałeś?
Jack spojrzał na nią zdziwiony znad mapy, którą zajął się kilka sekund wcześniej spostrzegłszy, że Sara pogrążyła się we własnych myślach.
- Tak naprawdę, do bez powodu, słonko. – Na ustach wykwitł szeroki uśmiech. – No chyba, że masz mi coś do zaoferowania, hm?
- Czy ty się nigdy nie zmienisz? – machnęła ręką, i zwróciła się w stronę wyjścia. Już po chwili szła w kierunku własnej kajuty, starając się nie zauważać, że wszyscy wpatrują się w nią jak w wyjątkowo dziwny obrazek.
_ _ _
Mogło minąć najwyżej pół szklanki, gdy do drzwi oficerskiej rozległo się pukanie. Sara, która dotychczas leżała na koi i nie mając nic innego do roboty wpatrywała się w sufit, teraz poderwała się do pozycji siedzącej.
- Kto tam?
- Ehm... – za drzwiami rozległ się niepewny głos Pinkley’a – To my pani komo... znaczy się kapitan...
W normalnych warunkach pirat zostałby przez pannę Turner zbesztany, bo co niby miało znaczyć „my”? Tym razem jednak podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież. Wszyscy byli załoganci Czarnej Floty, którzy dziś służyli na „Perle” stali przed nią z niepewnymi minami. Uśmiechnęła się blado.
- Wchodźcie... – rzuciła niedbale, starając się nie patrzeć w oczy byłym kamratom.
Piraci wczołgali się wolno jak żółwie do kajuty i stanęli niemal na baczność pod ścianami.
- No nie wygłupiajcie się! – wskazała ręką koję i blat biurka. – Siadajcie gdzie się tylko da, chyba się pomieścicie, nie?
Dwudziestu trzech chłopa z minami wyrażającymi nic innego jak przerażenie, starając się niczego nie strącić i nie dotykać, rozsiadło się na dwóch fotelach, podłodze i stole. Ci, którzy tam nie znaleźli miejsca, pytająco patrząc na Sarę przysiedli na rogu koi.
- Ekhm... no więc pani kapitan... myśmy tu przyszli żeby... – Pinkley, najwyraźniej oddelegowany do rozmowy z piratką, zaczerwienił się i zająkał. Zanim jednak panna Turner zdążyła coś powiedzieć, podjął go Helder, rosły młodzieniec, którego pamiętała jako dwunastoletniego chłopca pokładowego.
- Chcielibyśmy się dowiedzieć, jak to możliwe że pani kapitan żyje i dlaczego przez tyle lat nie powiadomiła nas o tym. Powiedziałaś kapitanie, że zawarłaś pakt z Jonesem. Jako była załoga chcemy wiedzieć wszystko, począwszy od tego, czy tylko pani przeżyła.
Westchnęła. Tak, mieli prawo wiedzieć takie rzeczy. Kiedyś bezgranicznie im ufała, teraz też powinna powiedzieć wszystko, o co pytali.
Przez pół godziny opowiadała o targowaniu z kapitanem „Holendra”, o przyjaciołach, którzy za nią poszli, o misjach, które powierzył jej Jones, morderstwach, których dokonała (skrupulatnie omijając sposoby którymi się kierowała). W końcu opisała ostatnie zlecenie i rozmowę, którą odbyła w łodzi z Coffey’em.
- ...a teraz chcę po prostu uciec od niego i zacząć na nowo życie. – Zakończyła cichym głosem, czując piekący ucisk w gardle.
W kajucie nastała głucha cisza. Wszyscy wpatrywali się w nią, siedzącą na stercie książek i usilnie starającą się nie rozpłakać.
- My tam zawsze wiedzieliśmy, że ten wybuch to była lipa, pani kapitan. – Slowel, który siedział najbliżej dziewczyny uśmiechnął się ukazując liczne ubytki w uzębieniu. Wszyscy piraci przytaknęli z aprobatą.
- A teraz znowu będziemy mogli razem pływać! – Helder roześmiał się serdecznie. – Nawet na najgorszym slupie będziemy siać grozę na morzu Karaibskim.
Jeden kącik ust pani kapitan drgnął. Widząc to, piraci zaczęli mówić jeden przez drugiego.
- A jak Jones waży się panią dotknąć, to pokażemy mu, gdzie jego miejsce!
- Tak! I ściągniemy chłopaków z „Holendra”!
- I będziemy rabować aż nam łby od kosztowności poodpadają!
- A z Jones’a zrobimy potulnego pieska domowego!
- I go wykastrujemy!
- I utniemy mu język!
- A z jego macek spleciemy liny!
- A z języka kotlety dla Diabłów Morskich!
- A z jaj...
- PANOWIE! – dopiero teraz kamraci zauważyli, że Sara nadal jest w kajucie. - Naprawdę bardzo interesujące jest, co w przyszłości zrobicie z Davym Jonesem i będę musiała mu chyba wysłać wasze portrety, żeby biedak przypadkiem na któregoś się nie natknął... ale chyba kapitanowi Sparrowowi brakuje trzydziestu ludzi na pokładzie, więc bądźcie tacy mili i wynoście się do roboty!
Zapanowała cisza. Nie minęły jednak nawet dwie sekundy, a kajutę oficerską rozdarło głośne: „AYE, KAPITANIE!!!” i fala korsarzy wypłynęła przez wąskie drzwi, pozostawiając za sobą jeszcze większy burdel niż ten, który panna Turner zastała wchodząc tu kilkanaście godzin wcześniej.
_ _ _
Obraz Tortugi był dla Sary prawdziwym antidotum na wszelkie sprawy. Zresztą nie tylko ona była wniebowzięta. Po tym, jak kapitan Sparrow ogłosił, że pozostaną tu pełne dwa tygodnie, wśród wszystkich piratów rozniosła się niezwykle zaraźliwa fala dobrego humoru. Kiedy w końcu wachty pokładowe zostały rozdzielone, wszyscy rzucili się w stronę lądu, rycząc w niebogłosy i wymachując z radości rękami.
Piratka stała na mostku obok Sparrowa, zniesmaczona obserwując poczynania między innymi swoich ludzi.
- Jack, przyznaj, tylko szczerze: kiedy ostatnio na dłużej zawitaliście na lądzie, na którym jest choć kilka tawern i burdeli, hm?
Kapitan skrzywił się nieznacznie.
-Nawet gdybym wczoraj wypłynął na morze, oni i tak będą się zachowywali tak samo. No, ale moja panno – wyszczerzył zęby w powalającym uśmiechu. – W tym momencie twoim jedynym zadaniem jest zakupienie porządnego, godnego przyszłego kapitana ubioru, który pasowałby do twojej, co tu dużo mówić, mizernej postury. Mam nadzieję, że Gibbs i spółka dobrze się spiszą i jutro będziemy mieć wielu chętnych do załogi.
- Tiaa... jutro w południe będę w tawernie „Pod Złamanym Szylingiem”. Zgoda?
- Jak najbardziej, skarbie. Najpierw znajdziemy kilku zastępców dla chłopaków, którzy niewątpliwie na nowy statek pójdą za tobą, a później znajdziemy resztę. Tak?
Schodząc z mostka machnęła ręką.
- Zgoda, zgoda. Ale do jutra nie chcę widzieć niczego, co może się kojarzyć z tobą i twoimi ludźmi...
_ _ _
Gdyby Sara wiedziała, jaki będzie skutek tego, iż tamtego wieczora zgodziła się, by Sparrow pierwszy wybierał ludzi, nigdy by się na to nie zgodziła.
Po kilku dniach od wypłynięcia z Tortugi decyzja ta dała się odczuć całej załodze. Wszyscy byli pewni, że pijani kapitanowie zrobili sobie z nich głupi żart i że przyszła załoga okrętu panny Turner w końcu rozpłynie się jak zły koszmar.
Bo o ile ludzie Sparrowa byli, prócz kilku wyjątków, w miarę normalni, to Sara doczekała się bandy dziwaków, o jakich trudno by było i w najlepszym cyrku.
Na czoło wysunął się chyba stary kuk, który do zdobycia nowego okrętu miał współpracować z kucharzem z „Perły”. Niestety, po pierwszym obiedzie, kiedy to okazało się, że i trucizna lepiej smakuje, kapitan uznał, że zrzędliwy Thurman, który bał się słońca, gwiazd i wszystkiego co świeci, będzie gotował tylko swemu przyszłemu dowódcy – Sarze. Panna Turner wskutek tej złośliwości niespodziewanie przeszła na dietę, a swoje racje żywnościowe dzieliła pomiędzy jedną z kóz, które mieli pod pokładem, a morzem. Prawdziwy problem zaczął się kiedy po trzech dniach koza zdechła. Ku wielkiej uldze piratki morze zdechnąć nie mogło, choć Erick Rockston ośmielił się zauważyć, że od kilku dni jest jakieś bardziej zielone.
Zaraz za kukiem Thurmanem wybijał się nowy artylerzysta, Tai Shan. Człowiek ten wydawał się Sarze całkiem normalny, kiedy zgodziła się na przyjęcie go do załogi. Fakt, zdziwiło ją, że krzaczaste brwi mężczyzny są nieco osmolone, ale nie takie rzeczy widziało się na Tortudze, więc razem z Jackiem uznali, że Chińczyk jest godny zaufania.
Dopiero drugiego dnia po wypłynięciu okazało się, że nowy artylerzysta jest piromanem. Gdy jeden z piratów poinformował Sparrowa, że na horyzoncie pojawił się okręt, skośnooki wbiegł pod pokład, by po chwili pojawić się z powrotem, z baryłka prochu w jednej ręce i lontownicą w drugiej. Mimo, że jego angielski pozostawiał wiele do życzenia, pojedyncze słowa wypowiedziane w wielkim podnieceniu uświadomiły załodze ogrom niebezpieczeństwa w jakim się znajdowali i po chwili Tai Shan leżał powalony na ziemi, nadal kurczowo trzymając w objęciach baryłke pełną śmiercionośnego prochu. Tymczasem nieznajomy okręt zniknął z horyzontu i niezadowoleni piraci chcąc nie chcąc musieli wrócić do przed chwilą porzuconych zajęć, pozostawiając piromana pod okiem wielkiego murzyna, jeszcze jednego nabytku z Tortugi.
To właśnie Wielki Joe, jak go nazwała Sara, nie umiejąc wypowiedzieć jego afrykańskiego imienia, był kolejnym niezwykłym kamratem na „Czarnej Perle”. Czarnoskóry korsarz mierzył znacznie ponad dwa metry, jego dłoń mogłaby na pewno zmiażdżyć niejedną kość, a oblicze przestraszyć na śmierć niejedno dziecko. Z drugiej strony Joe był jednak tak spokojnym i opanowanym człowiekiem, że i Slowel wydawał się przy nim ruchliwy. Poza tym czarnoskóry pirat był mistrzem etykiety. Zabawnie było patrzeć, jak ten olbrzym chodzi dystyngowanym krokiem, otwiera drzwi Sarze, całuje ją na powitanie w rękę, czy wygładza i tak zawsze idealnie wyprasowaną koszulę (Jack zapytał go nawet, jak to robi śpiąc na hamaku i mając zaledwie dwie koszule, jednak murzyn odparł, że prawdziwy gentleman nie wyjawia swoich sekretów. Następnego dnia Sara przyłapała Sparrowa, jak próbował „wyprasować” własne koszule dziennikiem pokładowym). Niemniej Joe już pierwszego dnia uznał, że pani kapitan jest damą jego życia, którą musi bronić, co skutkowało tym, że gdy po tygodniu postu spowodowanego jedzeniem Thurmana Sara wyglądała nieco szczuplej niż zwykle, murzyn doszedł do wniosku, że jest ona w wielkim niebezpieczeństwie. Kiedy Sparrow odmówił żywienia panny Turner przez kuka „Perły”, Wielki Joe pokazał, że wcale taki powolny nie jest i przez pół szklanki gonił kapitana po całym śródokręciu wymachując wielkim młotkiem pożyczonym od cieśli pokładowego. Jack uległ żądaniom dopiero wtedy, gdy został uniesiony przez murzyna jakieś dwie stopy nad ziemię i przyparty do grotmasztu.
Cieślę kapitanowie znaleźli tylko jednego, zresztą oboje uznali, że tymczasowo większej ich ilości nie potrzebują. Diaz, który był Hiszpanem z krwi i kości, był człowiekiem bardzo mrukliwym. Niewiele z angielskiego rozumiał, toteż chodził tam i z powrotem po pokładzie, strosząc się jak przerośnięty nietoperz o czerwonej jak burak twarzy. Co chwila mruczał pod nosem jakieś przekleństwa, spoglądając na źle wyczyszczony pokład czy zniszczony reling. I naprawdę nikomu by nie przeszkadzał, gdyby papuga Cottona nie wykazała się ogromnym talentem lingwistycznym i po dwóch dniach nie wykrzykiwała siedząc na rei dziesiątek hiszpańskich przekleństw.
Mimo wszystko znalazło się wśród tych ludzi także kilku porządnych. Ot, na przykład nawigator, Todd Branchflower, który oprócz tego, że był naprawdę wspaniałym człowiekiem, był świetnym znawcą wszystkich pływów i prądów morskich w obrębie niemal całego świata, a także znał prawie na pamięć wybrzuszenia w rafach, niebezpieczne cieśniny czy obszary tworzenia się wirów wodnych.
Trzeba jednak przyznać, że Sarą wstrząsnął fakt, iż na wysokich stanowiskach nie będzie mogła obsadzić nikogo zaufanego ze starej załogi. Dwudziestu trzech ludzi z „Mrocznej Gwiazdy” nie miało przygotowania do asystowania jej jako oficerowie. Swoje reguły panna Turner i tak nagięła, kiedy w myślach mianowała Pinkley’a bosmanem. Starała się nie myśleć o tym, że najlepsi piraci jakich znała i których chciałaby mieć z całego serca przy sobie albo służą w Navy, albo u Davy’ego Jonesa, albo po prostu spoczywają na dnie morza, jak choćby nieodżałowany John White.
_ _ _
Tymczasem na horyzoncie ukazały się zabudowania Port Royal. Wkrótce przybili do brzegów małej zatoczki, w której Sara tak niedawno pojawiła się jako Todd.
- Idziesz z nami? – Sparrow stanął nad Sarą, która wygodnie rozłożyła się na złotym piasku. Westchnęła, starając się ukryć skrajne uczucia, które nią targały.
- Nie... myślę, że to jeszcze nie czas. Przejdę się po mieście, popilnuje ludzi... – odwróciła wzrok, nie chcąc spojrzeć Jackowi w oczy. Na szczęście skinął tylko lekko głową i odwrócił się.
- Tylko nie zwracaj na siebie zbytniej uwagi, słonko, bo Dick i reszta dowiedzą się o tobie dużo wcześniej niż byś chciała i to w całkiem niesprzyjających okolicznościach.
Uśmiechnęła się krzywo, spoglądając na Sparrowa spod nowego, trójgraniastego kapelusza. Ten nic już nie powiedział, tylko gestem przywołał Gibbsa, Ericka i Marty’ego. W czwórkę ruszyli w stronę Port Royal, pozostawiając za sobą Czarną Perłę. Sara mogłaby przysiąc, że schodząc z pokładu Erick Rockston uporczywie jej się przyglądał.
komentarze [19]
III. "...thieves and beggars, never say good bye..."* >> poniedziałek, 23 lipica 2007 19:13:03
- No, nawet nieźle ci poszło, młody! - Jack poklepał zmęczoną jak wszyscy diabli Sarę i ruszył w stronę mostka kapitańskiego. Dziewczyna szurawszy nogami podeszła do Slowela i oddała mu szablę. Nie zważając na wpatrujących się w nią piratów klapła na ziemię opierając się o reling.
- Nigdy więcej... mam dosyć tego całego statku... - wydyszała naciągając kapelusz na spocone czoło. Sparrow dowiódł, że potrafi uczyć. A ona, że potrafi udawać, choć właśnie robienie z siebie błazna tak ją umęczyło. Walka sprawiła jej dużo kłopotów - musiała wykonywać ruchy wbrew własnej woli. Wiedziała na przykład, że ma parować ataki Jacka, ale równocześnie sparować nie mógł umieć Todd, robiła więc unik. Kapitan darł się po niej, a ona starała się tym przejmować, a przynajmniej udawać, że chce się poprawić. Wiedziała, że nawet używając swoich prawdziwych umiejętności nie pokonałaby kapitana Perły, ale udawanie nieumiejącego walczyć chłopaka było dla niej prawdziwą męczarnią.
- Zmęczony? - obok niej zmaterializował się Slowel. Od początku pobytu na "Perle" Sara zastanawiała się jak to możliwe, żeby w ataku Kompanii polegli tacy dobrzy piraci jak Coffey, a takie słabe ogniwa załogi, jakim niewątpliwie był Slowel, przeżyły i teraz służą u Sparrowa.
- Dziwi się pan? - nie wiedziała jak się odezwać do byłego kompana - Kapitan wyćwiczył mnie na wszystkie strony.
Pirat podrapał się po łysinie.
- Nie musisz do mnie mówić per "pan". Steven Slowel jestem.
- Eee... no dobra - ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że jeszcze nigdy nie odezwała się do niego po imieniu. Zrobiło jej się nagle bardzo głupio. Musiała być złym kapitanem, jeśli nie znała nawet imion własnych członków załogi.
- Powiedz mi, chłopcze, naprawdę jesteś synem kapitana?
- Eee... a bo ja wiem... - uśmiechnęła się patrząc na Sparrowa, który w tym momencie stał za sterem. - Tak sądzi Gibbs, a kapitan chyba w to uwierzył.
- Ja tam jestem pewien, że daleko ci do Jacka. - do rozmowy dołączył się drugi mężczyzna, w którym Sara rozpoznała kolejnego eks podwładnego - Pinkley'a. - Mnie tam przypominasz raczej kogoś innego.
-Eee... Kogo? - kapelusz został jeszcze bardziej nasunięty na czoło.
- Sam nie wiem... ale kogoś kogo dobrze znałem... no nie Slowel? - Pinkley podniósł głowę i spojrzał na kamrata.
- No...
- To raczej nie możliwe, nigdy was wcześniej nie widziałem! - przerwała Sara, świadoma, że kamraci zaraz mogą się domyślić czegoś, co przyniosłoby jej zgubę. Uśmiechnęła się i spojrzała na zachodzące słońce. - Zaraz chyba będzie kolacja, no nie? Jestem głodny jak wilk!
Szybkim krokiem ruszyła pod pokład do mesy. Korzystając z tego, że nikt jeszcze nie przyszedł, wybrała sobie miejsce w samym rogu pomieszczenia. Rozsiadła się wygodnie na długiej ławie i naciągnęła kapelusz na głowę. Po kilkunastu minutach zaczęli się schodzić wszyscy kamraci. Ku niezadowoleniu dziewczyny, Slowel i Pinkley, rozglądnąwszy się po mesie, przysiedli się do niej. Wściekła zmrużyła oczy i starała się nie zauważać faktu, że każdy wchodzący do pomieszczenia korsarz bacznie się jej przygląda.
W końcu pojawił się kapitan, który nie był wyjątkiem co do zwrócenia głowy w jej stronę. Po chwili ruszył w stronę drugiego stołu, zachowując kamienny wyraz twarzy. Zagadywana przez piratów Sara starała się mieć go ciągle na oku, po chwili jednak, kiedy podano posiłek a Jack nadal skupiony był na rozmowie z Gibbsem, postanowiła zaniechać swojego śledztwa.
- A więc, zostajesz w załodze przyjacielu? - naprzeciw Sary siedzieli Ragetti z Pintelem, To ten pierwszy zadał pytanie.
- No, chyba tak... - uśmiechnęła się krzywo. Jak na razie nie miała wyboru. Którą drogą by podążyła, musiała na jakiś czas tu pozostać.
- To świetnie! Nauczymy cię całego kunsztu pirackiego! Będziesz tak dobry, że własny ojciec cię nie pozna! - na te słowa kilku piratów siedzących obok popluło się zupą. Dziewczyna tylko się uśmiechnęła i wstała od stołu.
- Wie pan, panie Pintel, najpierw to ja będę musiał rozpoznać w kimś własnego ojca.
Wyszła z mesy i skierowała się na górny pokład. W twarz uderzył ją mocny powiew chłodnego wiatru, zwiastującego bezchmurną noc. Mimo, że było jej chłodno, postanowiła posiedzieć trochę na pokładzie, gdzie nikt nie zastanawiał się nad jej pochodzeniem. Oparłszy się o burtę zamknęła oczy i wsłuchała się w szum fal.
- Hej, młody!
Przewróciła oczami. Czy na tym statku kiedykolwiek można zostać samym? Ze złością odwróciła się w stronę mostka kapitańskiego, z którego dochodził głos. Jej wzrok skrzyżował się z niebieskimi oczyma należącymi do wysokiego blondyna stojącego przy sterze.
- Od jutra ja będę cię uczył fechtunku. Kapitan uznał, że nie ma na to czasu.
Nie odezwała się. Wiedziała, że zna te oczy. Tylko, do cholery, skąd? Gdzie i kiedy spotkała tego faceta?
-Ej, słyszysz mnie? Czy drzemiesz na stojąco? – na ustach pirata pojawił się drwiący uśmiech.
-Ehm... nie, nie śpię, słyszałem.
-I co? – zablokował ster i zeskoczył z mostka.- Żadnych obiekcji? Żadnego ale?
-Nie rozumiem...- sekretnie zlustrowała mężczyznę, który w tym momencie znalazł się obok i tak jak ona przed chwilą, marzycielskim wzrokiem wpatrzył się w morze.
-No wiesz... Wielu na twoim miejscu wolałoby, żeby uczyła ich bliska osoba, zwłaszcza jeśli jest nią kapitan...
-Kapitan nie jest bliską mi osobą. – usadowiła się wygodnie pod grotmasztem i nie mając nic lepszego do roboty, wpatrzyła się w swoje paznokcie.
- Skąd możesz to wiedzieć? Sam powiedziałeś, że nie znasz swojego ojca.
-Powiedzmy, że nie wyobrażam sobie, aby moim ojcem mógł być ktoś taki jak kapitan Sparrow.
Blondyn przeszedł powoli przez pokład uważnie lustrując Sarę.
- A jednak mogłoby ci to wyjść na dobre...
Parsknęła śmiechem.
- Na dobre? Pomyśl sobie, niemożliwym jest, by Sparrow poczuł się w jakimkolwiek stopniu odpowiedzialny za mnie.
Tajemniczy uśmiech pojawił się na ustach pirata, kiedy przysiadł na schodach prowadzących na mostek.
- A nie pomyślałeś, że udając jego syna, mógłbyś się zabezpieczyć na całe życie? Ktoś powiedział mi kiedyś, że poznając świat, poznajesz samego siebie... – popatrzyła na niego przerażonym wzrokiem. Poczuła, jakby coś ciężkiego trafiło jej właśnie do żołądka. Erick Rockston? Ale… jak to w ogóle możliwe? Skąd na statku Sparrowa wziął się syn arystokraty?
- ... więc może kiedyś kapitan odda ci „Perłę” na własność, a ty wtedy będziesz już pewien, kim naprawdę chcesz być. – chłopak kontynuował, wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w gwiazdy. – Będziesz wiedział, do czego jesteś stworzony i już nikt do niczego cię nie zmusi, sam wybierzesz własną drogę...
- Tak jak ty? – Dopiero po chwili uświadomiła sobie co powiedziała. Z przerażeniem spojrzała na pirata, który wydawał się nieco oszołomiony.
-Tak jak ja. – wstał i ruszył w stronę dolnego pokładu. Po chwili jednak obrócił się. – Dzisiaj w nocy szykuje się niezła burda, ale ty masz się zgłosić w tym czasie do kapitana na hmm... rozmowę. Mówię to zawczasu, żebyś mogła przygotować odpowiedź na kilka pytań – uśmiechnął się pod nosem widząc przerażony wzrok Sary. – Na przykład dlaczego młoda dziewczyna werbuje się na „Czarną Perłę” w męskim przebraniu.
Zniknął pod pokładem pozostawiając ją z własnymi myślami. Czemu ten Sparrow musi być taki mądry? Czy nie mogła trafić na kolejnego jełopa, nie potrafiącego odróżnić sztormu od szkwału?
Wściekła wstała i spojrzała na morze. Niestety, Jack – pomyślała – zmusiłeś mnie, do wyciągnięcia najgroźniejszej broni.
Na pokładzie zaczęli się pojawiać pierwsi piraci. Już po chwili rozległa się wesoła muzyka, a wszędzie rozniósł się zapach rumu. Sara oparła się o reling i starając się o niczym nie myśleć tępo wpatrzyła się w tańczącego na stole Gibbsa. Nie minęła nawet chwila, a już była wołana do stołu a w rękach trzymała kufel pełen rumu. Chcąc nie chcąc, podeszła do bawiącej się kompanii i ze sztucznym uśmiechem odpowiadała na dziesiątki pytań, starając się nie zauważać, że Sparrow przysiadł na mostku i bacznie się jej przypatruje. W końcu, gdy kapitan zniknął w swojej kajucie, upiła porządny łyk złotego trunku i podążyła jego śladem.
Wchodząc do kapitańskiej zauważyła, że Jack przygotował dlań butelkę rumu. Jasne – przeszło jej przez myśl – marzysz o tym żeby mnie upić, piracka szumowino...
Jak tylko się najciszej dało zamknęła drzwi. Spojrzała wyzywająco na kapitana, który wyszczerzył do niej zęby.
- No proszę... kogóż to moje oczy widzą! Czyż to nie mój nowy syn... albo raczej... córka?
- Daruj sobie. – usiadła w wygodnym fotelu i założyła nogę na nogę. – Wydało się, odkryłeś, że nie jestem chłoptasiem z Tortugi. Wezwałeś mnie tutaj zapewne, żeby się dowiedzieć kim jestem. Chyba że nie mam racji, co?
Sparrow wyciągnął nogi na stół i począł bawić się jednym ze swoich pierścieni.
- No... powiedzmy, że w znacznej części masz rację, wobec tego moja propozycja brzmi: Ty mówisz kim jesteś a ja zastanowię się co z tobą zrobić. Jasne?
- Jasne. Tylko muszę jeszcze wiedzieć, którą wersję chcesz poznać – tym razem to ona uśmiechnęła się do niego. Jack, jakby wyrwany z transu, spojrzał na nią zdziwionym wzrokiem.
- Oczywiście tą prawdziwą, słonko.
Przewróciła oczami.
- Obie są prawdziwe, tylko... powiedzmy że jedna jest dla ciebie lepsza, natomiast druga dla kogoś innego.
- Dla ciebie? – oczy kapitana niebezpiecznie się zwęziły.
- Ja czerpię korzyści z obu możliwości – wstała i wyciągnęła rękę po butelkę rumu. Widząc minę Sparrowa, który najwyraźniej nad czymś mocno główkował, upiła łyk i z powrotem klapnęła na fotel.
- No dobra... – pirat starał się starannie dobrać słowa. – wybieram wersję lepszą dla mnie. Ale później ujawnisz mi tą drugą, dobra?
Kiwnęła głową. Widząc, że Jack przypatruje się jej z rosnącym napięciem, uśmiechnęła się i rzuciła niedbale.
- No więc powiedzmy, że jestem duchem, który nawiedza twój statek w poszukiwaniu wiecznego spokoju. Moja propozycja: Wysiadasz w najbliższym porcie, oddajesz mi na własność statek, ja jestem zadowolona, ty też... przynajmniej częściowo.
Sparrow zrobił minę, jakby zjadł przed chwilą wielkiego i oślizgłego robaka.
- Po pierwsze, to miała być PRAWDZIWA opowieść... Po drugie, jeśli to jest dla mnie korzystne, to na tym morzu nie zatonął żaden statek.
- To było prawdziwe, kapitanie. Ale jeśli nie przyjmuje pan tego do wiadomości, to mogę przedstawić też drugą propozycję. – tu upiła solidny łyk rumu i jeszcze wygodniej rozsiadła się w fotelu. – A więc... jestem tutaj z rozkazu pewnego miłego pana, który kazał mi zabić wszystkich na statku, nie omijając kapitana oczywiście. Prawdę mówiąc, to mam zabić ZWŁASZCZA kapitana. Skutkiem tego będzie również zatonięcie pańskiej kochanej „Perły”, ale tym się już nie musisz przejmować, bo od kilku godzin będziesz martwy.
Sparrow patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem. Po jakiejś minucie ocknął się i, ku zdziwieniu dziewczyny, ma jego ustach wykwitł szeroki uśmiech.
- A nie ma tam jakiejś wzmianki pod tytułem „ty zostajesz na statku, ja nadal jestem kapitanem i nikt nikogo nie zabija”?
- A od kiedy tyś się taki kompromisowy zrobił Jack, co? – parsknęła śmiechem prawie nie upuszczając butelki. – Mogłam od razu wszystko wypalić z grubej rury i zacząć cię szantażować, ciekawe co byś wtedy zrobił?
Pirat zastanowił się chwilę.
- No dobra, dawaj. Potem będziemy się targować, I nie mów – podniósł rękę w filozoficznym geście widząc, że Sara chce mu już przerwać – nie mów, że tutaj nie ma miejsca na targowanie, bo zawsze jest. A więc słucham.
Skrzywiła się nieco. Tym razem nie obejdzie się bez ujawnienia tożsamości. Zresztą, pewnie i tak ktoś by ją tu wyczuł. Zdjęła medalion od Jonesa, podniosła się z siedzenia i położyła go na biurku kapitana. Sparrow natychmiast chwycił go do rąk i zaczął uważnie mu się przyglądać.
- Na pewno wiele pan słyszał o tajemniczych zabójstwach znanych piratów. – Jack spojrzał na nią dziwnym wzrokiem, na co tylko się uśmiechnęła. – Tak, kapitanie. Zabijałam wszystkich, których mordować mi kazano. Jednego po drugim. Obiecano mi za to statek, załogę, bogactwo. Wszystko to, co straciłam. W końcu trafiło na pana. Zabić Jacka Sparrow, przejąć jego okręt a ten medalion – wyjęła zaśniedziałą ozdobę z ręki pirata – wrzucić do morza. Niby łatwa, nie wymagająca dużo pracy misja. A jednak mnie ogarnęły wątpliwości.
- Zawsze możesz nie posłuchać zleceniodawcy, prawda? – spojrzał na nią uważnie. – Nie wiem, dla kogo pracujesz, możliwe że jemu zawiniłem, w końcu święty nie jestem. Ale ty do mnie raczej nic nie masz, prawda?
Skrzywiła się, słysząc te słowa. No właśnie, w końcu to nie jego wina, że Rockston rozwalił jej okręt... Podeszła do lustra wiszącego w samym rogu kajuty. Ściągnęła kapelusz i rozpuściła włosy. Gdyby nie ten jeden dzień siedem lat temu, we własnym odbiciu wdziałaby dzisiaj wielkiego pirata...
- A jednak to twoja wina, że tu stoję. – przeczesała włosy ręką próbując znaleźć w sobie choć odrobinę tamtej starej dziewczyny. – Nie wróciliście, żeby zobaczyć, czy ktoś przeżył. Nie zawróciłeś „Perły”. Pewnie myślałeś, że takiego wybuchu prochu nikt by nie przeżył, co?
Na ustach pojawił się drwiący uśmiech. Odwróciła się i przeszła powolnym krokiem całą kajutę.
- A jednak przeżyłam. A on to wykorzystał. Zawarłam układ z Davy Jonesem, żeby kiedyś oddał mi choć jeden okręt. Przez siedem lat nie używałam własnej tożsamości. Przez siedem lat snułam się jak duch po całym świecie, zostawiając za sobą widmo śmierci. On wie, jak bardzo zależy mi na okręcie i załodze. Wie, że gdziekolwiek bym się udała, nikt nie podniesie statku z głębin...
Przerwała, patrząc niepewnie na kapitana. Sparrow wstał, szybkim krokiem przeszedł kajutę i delikatnie chwycił ją za podbródek. Wyraźnie widziała, jak jego oczy rozszerzają się ze zdziwienia.
- Jak wiele gotów jest zrobić człowiek, aby odzyskać dawny autorytet. – pokręcił głową i puścił ją. Wykorzystała ten moment, by otrzeć łzy gromadzące się pod oczami. Sparrow usiadł na biurku i wpatrzył się w nią. – Jeśli mnie nie zabijesz, mogę wysunąć korzystną dla obu stron propozycję.
Uśmiechnęła się drwiąco. Jeśli on proponuje coś, co jest korzystne dla choć jednej osoby prócz niego, musi być bardzo zdeterminowany. Oparła się o ścianę, z uśmiechem wpatrując się w rozmówcę.
- No więc... – na ustach pirata pojawił się uśmiech. Sara przewróciła oczami. Czy on nigdy nie potrafi zachować powagi?
- Jeśli pozostawisz przy życiu mnie i całą załogę, jestem gotów zaproponować ci współpracę.
Jedna brew dziewczyny nieznacznie się podniosła.
-Współpracę? Jakoś nie wyobrażam sobie, żebyś TY potrafił z kimkolwiek współpracować. – z uśmiechem patrzyła, jak Jack robi obrażoną minę.
- Wyobraź sobie, że potrafię. Poza tym tu chodzi o wyjątkowo LUŹNĄ współpracę. Mianowicie chodzi mi o to, że szukam kapitana...
- Ach, już rozumiem! – roześmiała się siadając znów na fotelu. – Kapitanowi Sparrow zamarzył się status komodora!
Jack skrzywił się.
- Powiedziałbym raczej, że wykorzystuję nadarzającą się okazję. Poza tym, jak już mówiłem, będzie to bardzo luźna współpraca, więc będziesz mogła robić co chcesz...
- ... a wszystko rozchodzi się tylko o to, żebym przed większymi rzeszami piratów płynęła za tobą i nazywała cię komodorem, tak? – upiła ostatni łyk rumu, pozostawiając na ziemi pustą butelkę. – Nie ma mowy.
- Słonko, nie można od razu wrócić do starej chwały. Trzeba się małymi kroczkami piąć do góry... – wykonał jakiś nieokreślony ruch, który miał prawdopodobnie być symulacją wspinania się po drabinie.
- Albo pływamy razem pod jedną banderą, albo idę zatruć rum twoim kamratom.
Kapitan pochylił się nad biurkiem, patrząc jej prosto w oczy.
- Powiedz mi, kochanie, co mi przyjdzie z tego, że będę z tobą pływał, jak równy z równym? Jak na razie to ja jestem w lepszej sytuacji...
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, wyciągając nogi na blat biurka, dokładnie tam, gdzie przed dwoma chwilami znajdował się nos Jacka. – Tak myślisz? A mnie się wydawało, że to JA mam medalion, który wrzucony do wody przywoła w kilka sekund Davy’ego Jonesa... – uśmiechnęła się chytrze. Wyciąganie asa z rękawa było zawsze jej ulubioną częścią ubijania targu. Widząc jednak, że kapitan „Perły” jest ciągle nieprzekonany, westchnęła.
- Zrobimy tak: Będziemy pływać pod jedną banderą jak równy z równym. „Czarna Perła” będzie okrętem flagowym. Dasz mi pełną swobodę ruchów, będziesz konsultował ze mną każdy ruch. – zwiesiła głowę. Kolejne zdanie uwięzło jej w gardle. „Pogódź się z tym” – przeszło jej przez myśl – dzięki Sparrowowi będziesz mogła wrócić...”
Kiedy kontynuowała, głos jej się trząsł.
- Mimo, że będziemy pływać razem, to nie ja zdobędę sławę... Tylko Kapitan Jack Sparrow będzie budził grozę na całym archipelagu. Sara Turner już nie istnieje dla tego świata...
Pirat spojrzał na nią ze zdziwieniem. Odwróciła wzrok. Nie chciała, żeby Jack zobaczył coś w jej oczach.
- Zgoda. – Głos kapitana wydawał się dziwnie pusty. Wyciągnął rękę, którą mocno uścisnęła. – Oficerska jest wolna, możesz w niej spać. Jutro rano powiem ci wszystko, co będzie potrzebne, by wykonać kolejny ruch.
Wstała z fotela i ruszyła w stronę drzwi.
- Pani kapitan?
Nogi zrobiły jej się jak z waty. Jak ją nazwał? Odwróciła się, by stanąć oko w oko ze swoim rozmówcą. Był od niej wyższy, musiała podnieść głowę do góry. Spojrzał prosto w jej oczy, które w momencie zaszły mgłą.
- Legenda o komodorze Czarnej Floty nigdy nie przeminie. W Port Royal nadal na ciebie czekają. W tej załodze są ludzie, którzy nadal mają nadzieję, że pewnego dnia z mgły wyłoni się „Mroczna Gwiazda”. Oni nigdy nie powiedzieli „do widzenia”.
Uśmiechnęła się i wybiegła z kajuty. Bez słowa minęła pijanych piratów i już po chwili znikła za drzwiami oficerskiej. Osunęła się na zakurzoną koję.
Po policzkach zaczęły spływać ciepłe łzy. .
Może Jack nie zdawał sobie z tego sprawy, ale właśnie powiedział coś, na co czekała siedem lat.
Marzyła o tym każdego dnia nowego życia. By ktoś potwierdził, że oni nigdy nie powiedzieli „do widzenia”...
* tekst piosenki zmieniony na potrzeby opowiadania.
**************************************************
Drodzy kamraci! Z przykrością informuję, że mimo rozpoczętego drugiego tomu, jestem zmuszona na razie zawiesić opowiadanie. Oczywiście blog będzie na razie dostępny, nie wiem, może za miesiąc lub dwa znów podejmę na nim pracę, aczkolwiek mam powody aby sądzić, że będzie to bardzo trudne. Kazdy pewnie zauważył, że kolejne rozdziały są coraz bardziej beznadziejne, ja sama wiem jednak najlepiej, z jaką trudnością przychodzi mi ich napisanie.
Jeśli postanowię wrócić, powiadomię wszystkich "aktywnych czytelników". Prosze też, aby powiadamiano mnie o kolejnych rozdziałach, będę je czytać i komentować na 100%
Nawiązując więc do ostatniego jak na razie rozdziału: Nie mówię do widzenia. Mówię do zobaczenia z wielką nadzieją, że po miesiącach nieurozdzaju, przyjdzie kiedyś wena, s ja zabiorę się znów do pisania.
Ahoj!
komentarze [34]
II. Niedaleko pada jabłko... >> sobota, 2 czerwca 2007 18:58:23
Nad Port Royal wstał ranek. Wschodzące leniwie słońce oświetlało port i okręty w nim stacjonujace. Białe jak śnieg mewy, pobudzone przez narastający w miasteczku tłok, pływały spokojnie wśród statków. Zaraz za portem domy przechodziły w gęsty las pełen palm kokosowych, które z gracją poruszały się w rytmie porannego zefiru. Z gąszczu co raz wydobywał się śpiew kolorowych ptaków, które, mimo swego pięknego ubarwienia pozostawały ukryte w koronach drzew.
Na skraju lasu, w miejscu, godzie klify przechodziły nagle w piaszczystą plażę, istniała niewielu znana mała zatoka. Było to miejsce nader urocze: szafirowa woda pobłyskiwała przyjaźnie, odbijając drzewa okalające cichy zakatek. Wprawne oko zauważyłoby dziesiątki ławic malenkich rybek, które co chwila pojawiały się pod spokojną powierzchnią wody, zaraz znikając wśród nieogarnionego błękitu. W prześwitujących przez drzewa refleksach słońca, majaczące pod wodą sylwetki ryb nabierały ludzkich postaci, czyniąc miejsce tajemniczym i jeszcze bardziej niezwykłym.
W tej właśnie zatoce, zakotwiczona została "Czarna Perła". Piraci zaraz po wpłynięciu do zatoki całą hordą przemaszerowali przez las, szukając następnie w najbrudniejszej części miasta rumu i kobiet. Całe dwa dni spędzili na używaniu sobie, aby następnie wrócic na okręt i zabrać się za naprawę kadłubu uszkodzonego podczs ostatniej burzy. Jedyną osobą, która tego ostatniego zadania już nie wykonywała był oczywiście kapitan Jack Sparrow, który rozłożywszy się pod jedna z palm i obstawiwszy się wokoło butelkami rumu, z zapałem studiwał nieznaną nikomu dokumentację. Od samego rana przewracał papiery, analizował mapy, wyznaczał niewiadomo gdzie prowadzace kursy. W końcu, kiedy słońce wyłoniło się ponad palmy, kapitan "Perły" wstał i chwiejacym się krokiem ruszył w stronę miasta.
- Hej, Jack! - Gibbs, pierwszy oficer zbiegł z mostka na którym pracował. - Gdzie się wybierasz?
- Muszę coś załatwić w mieście. A co, chcesz wymigać się od roboty? - Sparrow uśmiechnął się patrząc na spoconą twarz przyjaciela.
- Nie, chcę wymigać się od ratowania cię z opresji. Znając twoje zdolności, każdy w mieście będzie wiedział, że załoga "Perły" przybyła na wyspę.. Nie mam zamiaru kolejny raz wydostawać własnego kapitana z więzienia w przebraniu staruszki.
Jack zaśmiał się, równocześnie przywołujac ręką jednego z marynarzy.
- To był twój pomysł Gibbs, ja tam bym ratował samego siebie inaczej. Panie Rockston, jeśli już idzie Gibbs, to pana też wezmę.
Młody, nie wygladający na więcej niż dwadzieścia siedem lat pirat podbiegł do Sparrowa. Nikt, kto nie widział go przez ostatnie lata, nie rozpoznałby w chłopaku tego małoletniego panicza z porządnego domu, który pod wpływem jednej chwili zwerbował się do załogi kapitana Jacka. Najwyraźniej jednak ta chwila okazała się dlań zbawienna, bo życie pirata okazało się prawdziwą sielanką. Pokochał morze, pokochał "Czarną Perłę", pokochał swoje życie. Fakt, że za przystojnym, dobrze zbudowanym blondynem szalały wszystkie kobiety, nie miał tu wbrew pozorom istotnego wpływu. Erick Rockston uwolnił się z rządów zapatrzonego w siebie ojca, który już gdy jego syn był w kołysce zaplanował jego przyszłość i teraz sam mógł o niej decydować.
W trójkę piraci ruszyli w stronę miasta. Juz po pół godziny dotarli do jego północnej części, przy okazji wchodząc w najbardziej "podejrzany" zakątek Port Royal. W tym czasie Sparrow ani razu się nie odezwał. Jego towarzysze znosili to cierpliwie, ale w końcu Gibbs nie wytrzymał.
- Jack, do jasnej anielki, gdzie my idziemy? Co to za sprawy chcesz załatwić?
- Eee... - Sparrow odwrócił się i spojrzał na kamratów zdziwionym wzrokiem. - No jak to? Idziemy szukać załogi!
- ZAŁOGI? Kapitanie, my MAMY pełną załogę!
Pirat uśmiechnął się tajemniczo. Skręcił w róg śmierdzącej ulicy, na której końcu widniał szyld tawerny "Pod zbitym Psem".
- To się jeszcze okaże... to się jeszcze okaże Gibbs...
Trzy godziny później wszyscy trzej siedzieli przy długim stole wpatrując się tępo w obecnych w tawernie marynarzy.
- Nikt? Kompletnie nikt? - Jack nie krył zdumienia. - Nikt nie chce służyć w MOJEJ załodze?
- Kapitanie, proszę się nie oszukiwać - Erick upił trochę rumu i wpatrzył się w barmankę, pochylającą się akurat nad jednym z obskurnie ubranych klijentów siedzących w rogu karczmy. - Tutaj nie znajdziemy dobrego towaru na marynarza. Prędzej na Tortudze... ale tu?
Sparrow spojrzał karcącym wzrokiem na chłopaka, ten jednak, zapatrzony w kształtny tyłek barmanki, najwyraźniej tego nie zauważył. Siedzieli więc tak przez kolejny kawdrans, Sparrow wpatrujący się tępo w dokładnie nieokreślony punkt, Erick w barmankę a Gibbs przysypiajac na siedząco. W końcu Jack wstał, wywalając przy okazji stół.
- Dobra, wracamy. Potrzebuję kapitana i załogi, więc musimy się udać na Tortugę. Erick - klepnął blondyna w ramię. - Leć powiadomić Turnerów, że wrócę do miesiąca. Gibbs, wstawaj, wracamy na okręt.
Obudziwszy się na dobre stary pirat podreptał za kapitanem, wyciągając jak najdalej mógł nogi w celu dotrzymania kroku Jackowi.
- Słuchaj... po co ci nowy kapitan i załoga? Czyżbyś szykował się do przejęcia jakiegoś okrętu?
- Bingo Gibbs! - Sparrow wyszczerzył zęby. -Trzeba wykorzystać sytuację. Oprócz mnie powybijali wszystkich porządnych piratów. Zostały prawie same chuchra. Zarekwirujemy jakiś okręt, rozwalimy niewiernych i Karaiby są nasze!
Pierwszy oficer "Perły" popatrzył na Jacka z powątpiewaniem.
- Ambitny plan, ale jak ty chcesz go zrealizować? Gdzie znajdziesz na tyle porządną łajbę, żeby, jak to powiedziałeś "Karaiby były twoje"?
- O to się już nie martw, Royal Navy buduje kilka naprawdę dobrych okrętów. Trzeba więc tylko znaleźć kapitana, który nie będzie zamierzał wzniecić buntu i wszystko się uda.
Gibbs pokręcił głową. W milczeniu dotarli do "Czarnej Perły", gdzie robota już na dobre się rozkręciła. Ostatni ubytek w kadłubie był już niemal naprawiony, więc Sparrow wydał rozkazy dotyczące wypłynięcia, które zaplanował na kolejny ranek i chwiejącym się krokiem ruszył do kapitańskiej. Tymczasem Gibbs, mocno zafrasowany planami przyjaciela, wziął się za polerowanie steru.
Po kilku minutach z lasu wyłoniła się drobna postać młodego chłopaka. Nikt z załogi się nim nie zainteresował, wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Dopiero, kiedy przybysz zaczął przyglądać się piratom, oficer "Perły", jakby obudzony z transu spojrzał na niego.
- Ej, ty! Co tu robisz?
Chłopak spojrzał na niego spod wielkiego, zniszczonego kapelusza.
- Barman powiedział że szukacie ludzi do załogi! Wy jesteście kapitan Sparrow, hę? - lekkim krokiem wszedł na pokład, a widząc, że Gibbs uważnie mu się przygląda, lekko się speszył. - Eee... ja wiem, że ja może nie wyglądam na marynarza, ale wszystko zrobię na pokładzie.
Mężczyzna zszedł z mostka i obszedł wokół chłopaka.
- Ile masz lat? Siedemnaście, osiemnaście?
- Eee... no tak, osiemnaście kapitanie!
- Jaki tam ze mnie kapitan! - Gibbs machnął ręką. - Jestem pierwszym oficerem, kapitan u siebie jest. Jestem pewien, że cię przyjmie do załogi. - spojrzał na młodzika, uśmiechając się lekko. - Jak cię zwą, marynarzu?
- Todd jestem.
- No to, Todd do roboty! Zajmij się znoszeniem żarcia na pokład. Widzisz te skrzynie na plaży? Wszystkie mają być w ładowni!
- Tak jest! - krzyknął chłopak i już go nie było. Gibbs z uśmiechem patrzył, jak nowy załogant podbiega do skrzyń i z trudem zaczyna nosić je pod pokład. No cóż, jeśli już choć w części załatwił sprawę załadunku, może pora popytać dokładniej o ten cały okręt, który chce ukraść Jack?
Jak pomyślał tak zrobił. Już po chwili w kajucie kapitana Sparrow rozległo się pukanie.
- Wejść! - od progu powitał Gibbsa zapach rumu. Uśmiechnął się i ruszył w stronę przyjaciela, studjującego przy butelce pełnej trunku jakieś dokumenty.
- No Jack, mamy nowego marynarza na pokładzie.
Głowa kapitana "Perły" wyłoniła się zza stosu papierów.
- Nie mów, że ktoś sam się zgłosił.
- Ano tak - Gibbs usiadł w fotelu przy biurku i chwycił papier, który okazał się stronicą gazety. Na samej górze widniał tytuł: "Kompania bogatsza o nowe okręty".
- Jakież to statki oferuje nam nasz wróg?
- Nic ciekawego, dobrze uzbrojone, ale cholernie wolne jednostki, choć z drugiej strony zwrotne. Pewnie postawią je w porcie i będą czekać aż jakiś idiota postanowi rozwalić miasto. Wtedy faktycznie mogą się przydać, bo w zatokach mało miejsca. Ale co z tym nowym?
Gibbs odrzucił stronę gazety i spojrzał na swojego kapitana.
- Sympatyczny, chociaż słabe chuchro. Ale wiesz co? - uśmiechnął się sam do siebie. - Przypomina mi ciebie kiedy pierwszy raz pojawiłeś się na Tortudze.
Jack zanurzył się spowrotem w jakiejś mapie.
- Chcesz żebym zrobił go kapitanem? Myślałem o bardziej doświadczonych piratach.
- Czy ja coś takiego powiedziałem? Wsadzę go na gniazdo, niech siedzi. Jedna ręka więcej na pokładzie nie zaszkodzi.
Sparrow kiwnął głową i wstał z krzesła. Podszedł do wielkiego kufra w rogu kajuty, skąd wyjął jeszcze kilka zapisanych kart. Gibbs skrzywił się widząc, że Jack jest całkiem zaprzątnięty swoimi papierami.
- Idę pogonić chłopaków. Powinni już zaczynać załadunek, jeśli oczywiście Rockston załatwił więcej niż było jeszcze przed chwilą na plaży.
Kapitan nie odpowiedział. Mrucząc pod nosem niezadowolony z obrotu sprawy Gibbs wyszedł z kajuty, ruszył wyładować się na piratach "Czarnej Perły".
Nad Port Royal nastała noc. Pod pokładem okrętu kapitana Sparrowa załoga zasnęła na dobre.Jeden tylko marynarz, pierwszy raz leżący w swoim nowych hamaku, nie mógł zasnąć. Nikt, patrząc na jego minę, nie potrafiłby wyczytać o czym myśli.
A w głowie Todda, czy może po prostu Sary Turner, narastał coraz większy natłok myśli. Pierwszy raz od siedmiu lat widziała członków swojej załogi. Żywych. Własną załogę, której już prawdę powiedziawszy nie pamiętała. A dziś była wśród nich. Wróciła, choć w skórze jakiegoś po drodze wymyślonego chłopaka.
Dziewczyna do końca nie wiedziała co zrobi. Czuła, że nie będzie potrafiła zabić Sparrowa. Zbyt wiele dobrego jej kiedyś uczynił. Zbyt wiele wspomnień łączyło się z nim i z "Czarną Perłą". A teraz jeszcze jej załoga. Jej wierni przyjaciele z "Mrocznej Gwiazdy"...
Nagle drzwi otworzyły się. Sara w ciemności zauważyła wysoką postać, która weszła do pomieszczenia. Jeszcze jeden członek załogi odnalazł po omacku swój hamak i położył się w nim. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem. Ktoś nieco dłużej żegnał się z Port Royal. Albo raczej z dziwkami z Port Royal.
Mijały godziny, mogło być koło trzeciej, kiedy zasnęła. Śniła o "Czarnej Perle" opierającej się falom, płynącej w stronę horyzontu.W stronę ciemnej, niejasnej przyszłości.
Kiedy się obudziła, niewielu piratów jeszcze spało. Niewiele myśląc wygramoliła się z hamaka i ruszyła na pokład. Tam praca już wrzała. Okręt opuszczał właśnie zatokę, większość osób siłowała się z żaglami, kilku już czyściło pokład. Gdy spojrzała w stronę mostka, napotkała przenikliwy wzrok Jacka Sparrowa.
- Ty jesteś ten nowy, tak?
- Aye, kapitanie!
Sparrow uśmiechnął się szeroko.
- No, to ruszaj na bocianie gniazdo, za dwie szklanki ktoś cię zmieni.
- Aye! - zasalutowała i już po kilku minutach znajdowała się u celu - na bocianim gnieździe. Nie wiedziała, czy to jakieś fatum, czy naprawdę wyglądała jak bocian. Gdziekolwiek werbowała się do załogi, zawsze dostawała się właśnie tutaj. Może i było to wygodne zajęcie, ale, do cholery, ile można? Rozglądnęła się wokoło. Pusto. Tylko stara luneta, która zresztą była niezbędna. Chwyciła ją do rąk i spojrzała na horyzont. Pusto, nielicząc kilku mew. Wokoło cisza jak makiem zasiał. Przyłożyła lunetę do oka i od niechcenia poczęła patrolować morze. "Witamy na Czarnej Perle" - pomyślała, uśmiechając się ironicznie.
Dokładnie dwie szklanki później Gibbs spotkał Sarę w identycznej pozycji, którą przyjęła po przybyciu na górę. Z lunetą ciągle przyłożoną do oka i wyłożonymi nogami przyglądała się z zainteresowaniem bliżej niekreślonemu punktowi na tafli oceanu.
- Rozwaliłeś się Todd jak pijany Sparrow w kapitańskiej.
Podskoczyła, słysząc głos mężczyzny i bezwiednie naciągnęła kapelusz na oczy.
- Minęły już dwie szklanki, sir?
- Ano minęły. Złaź na dół, zaraz cię ktoś zastąpi. Masz na razie wolne.
Dziewczyna uśmiechając się zeszła na pokład. Nie mając nic lepszego do roboty oparła się o reling i wpatrzyła w morze. Kochała ten widok i bez przeszkód mogłaby tam stać dalej, lecz nagle usłyszała głos Gibbsa.
- Ej, młody! Podejdź no tu!
Bez słowa ruszyła w stronę schodów prowadzących na mostek. Rozsiadła się na nich obok starego pirata, zdając sobie sprawę, że jest uważnie lustrowana przez Sparrowa, nadal stojącego przy sterze.
- A więc Todd - zaczął Gibbs podsuwając jej butelkę rumu, co przyjęła z wielką radością, upijając ku radości dwóch piratów porządny łyk. - Powiedz nam coś o sobie. Skąd pochodzisz?
- Eee... z Tortugi... - czuła, że stąpa po grzęskim gruncie.
- O! - Gibbs spojrzał na Jacka. - A cóż tam porabia twoja matka? - O co mu chodziło, do cholery? Nerwowo upiła kolejny łyk złotego napoju.
- No a co może robić? To co wszystkie tam...
Mina starego wilka morskiego wskazywała, że odpowiedź bardzo go usatysfakcjonowała.
- I może jeszcze powiesz, że nie znasz własnego ojca, co?
- Eee... no... a co to ma do rzeczy?
- Znasz czy nie znasz?
- No... nie bardzo.
Gibbs zadowolony klasnął w dłonie, wstał i podążył w stronę kapitana z takim wyrazem twarzy, jakby ten właśnie wypłcił mu żołd za dziesięć lat pracy. Sara odwróciła się, niepewna o co mu chodzi, przy okazji opróżniając butelkę.
- To ja ci mówię Jack, że on jest twój! No normalnie nie ma mowy o pomyłce! Nawet zachowuje się jak ty przed laty!
Sara wypluła cały rum, który miała w ustach i zaczęła się krztusić. Zresztą faktycznie niewiele w tym momencie różniła się od Sparrowa, który tak samo jak ona popluł się trunkiem usłyszawszy słowa kamrata. Kiedy doszedł jako tako do siebie skrzywił się.
- Gibbs, a czy ty przypadkiem nie miałeś w tym tygodniu mieć psiej wachty?
- Eee... nie - pirat wyglądał jak zbity pies.
- No. To już masz. Od dzisiaj dwa tygodnie.
Stary wilk morski oddalił się pospiesznie, rzucając Jackowi serię wyszukanych przekleństw i co chwila powtarzając "A młody i tak jest twój i tyle". Sparrow natomiast spojrzał dziwnym wzrokiem na dziewczynę. Po chwili przywołał Cottona i z dziwną miną zszedł z mostka.
- Nie patrz się tak na mnie, lepiej idź kucharzowi pomóc ziemniaki obierać! - rzucił zirytowany, zdając sobie sprawę, że Sara ciągle mu się przygląda. Nie mając nic lepszego do roboty, ruszyła pod pokład, uśmiechając się na myśl, że w przebraniu mogła być choć trochę podobna do kapitana "Perły".
Gdy weszła do kuchni pokładowej, uderzył ją zaduch jaki tam panował. Kucharz spojrzał na nowoprzybyłą ze zdziwieniem.
- Nowy?
- Eee... tak.
- I już zaszedłeś kapitanowi za skórę? Cożeś zrobił? - podał dziewczynie nóż. Chcąc nie chcąc, usiadła w rogu pomieszczenia, wyciągnęła nogi na wielkim worku, zawierającym w środku prawdopodobnie kolejne ziemniaki i niezgrabnie zaczęła obierać wielkiego kartofla.
- Zostałem uznany przez Gibbsa za syna kapitana...
Mężczyzna roześmiał się serdecznie, aczkolwiek zaczął przygladać się jej ze zwiększoną uwagą.
- Co ty powiesz... no tego na tym statku jeszcze nie było. Sparrow chyba nie był zachwycony tą perspektywą, co?
Wrzuciała obranego ziemniaka do olbrzymiego gara i chwyciła kolejnego.
- E tam, przecież to tylko domysły Gibbsa. Kto tam wie, kto jest moim ojcem.
Pirat spojrzał na nią przeszywającym wzrokiem. Świetnie. Tylko tego jej brakowało. Jeśli więcej osób z załogi zacznie się jej przyglądać, nie dopłynie w jednym kawałku nawet do najbliższego portu, nie mówiąc już o dalszej podróży na "Perle". Czy ten Gibbs nie mógł wymyślić czegoś innego?
Kiedy wyszła z kuchni, słońce górowało. Spojrzała w stronę baku, gdzie znajdowały się stosy lin. Chcąc uniknąć kłopotliwej konfrontacji z którymkolwiek członkiem załogi, postanowiła się tam ukryć i przeczekać do wieczora. Jak pomyślała, tak zrobiła. Niestety, po upływie jednej, może półtora szklanki zauważył ją zły jak osa Gibbs i jakimś dziwnym głosem oznajmił, że ma się brać za mycie pokładu. Co miała robić? Zwalczając swą dumę chwyciła śmierdzącą jak wszyscy diabli szmatę i rozpoczęła czyszczenie desek w zimnej jak lód wodzie.
- Hej, młody! - obejrzała się i ku zdumnieniu zobaczyła, że stoi nad nią nie kto inny jak kapitan Jack Sparrow.
-Eee... tak kapitanie?
Pirat wyciągnął szablę i skierował ją w kierunku dziewczyny.
- Potrafisz walczyć? - brew kapitana uniosła się nieznacznie.
- Ehm... no - co mu do cholery powiedzieć, żeby niczego nie zaczął podejrzewać? - No... umiałem trochę, ale szabli nie mam.
Sparrow przywołał jednego z piratów, w którym dziewczyna rozpoznała Slowela. Ten użyczył mu swojej broni - zauważyła, że była to ta sama stara szabla, której używał przed siedmioma laty. Kapitan rzucił ją Sarze i uśmiechnął się ironicznie.
- No to muszę cię nauczyć walczyć lepiej niż trochę.
Przygotowując się do "nauki" dziewczyna miała bardzo niemrawą minę. Jeśli Sparrow przejął się swoimi "ojcowskimi" obowiązkami i zacznie ją szkolić w rzemiośle pirata, będzie miała trudną przeprawę na "Czarnej Perle".
"Może chociaż oficerską dostanę" - pomyślała, atakując Jacka w taki sposób, by ten uznał to za amatorski cios niedoświadczonego Todda.
komentarze [20]
I. Zabójca o stu twarzach. >> wtorek, 1 maja 2007 11:55:42
TOM II
Pirates of the Caribbean: Escape to Freedom
Dosyć przystojny, wysoki, około pięćdziesięcioletni mężczyzna stał na balkonie wpatrując się w bezkresne morze. Wokoło roztaczał się cudowny widok. Piękny, słoneczny poranek, bezchmurne niebo, olbrzymi, zielony ogród, a w oddali, po drugiej, ledwo widocznej stronie wyspy - centrum Tortugi. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Tutaj, w najdalszych zakamarkach wyspy piratów mógł się czuć zupełnie bezpieczny, bo Royal Navy, która tak uparcie się za nim uganiała, po prostu nie zdawała sobie sprawy, że gdzieś, poza centrum miasta, może mieścić się willa, należąca do pirata.
Nagle odwrócił się, słysząc głos otwieranych drzwi. Jak się spodziewał, do pokoju weszła młoda kobieta, w pięknej, zielonej sukni i ciemnych włosach upiętych starannie w kok. Jego serce zabiło mocniej, kiedy dziewczyna podeszła doń i uśmiechnęła się delikatnie, ukazując rządek białych zębów.
- Wołałeś mnie? - cichy głos przyprawił go o przyjemne dreszcze, nie dając po sobie jednak tego poznać chwycił ją delikatnie za małą dłoń i wskazał ławkę w roku tarasu. Oboje usiedli na niej, ona wpatrzona w morze, on w nią.
- Mam ci coś do powiedzenia, Lauro.
Dziewczya zwróciła głowę w stronę mężczyzny. Kiedy zobaczył jej lśniące oczy, na chwilę opuściła go odwaga, zaraz jednak kontynuował.
- Widzisz... wiem, że nie jestem już najmłodszy, ale tak to jest, kiedy piractwo zaprzątnie twoją głową. Tymczasem ty pojawiłaś się tak nagle, jak anioł, i odebrałaś mi wszystkie uczucia. Od dwóch tygodni wiem, że będę mógł kochać tylko ciebie, dlatego... - brązowe tęczówki kobiety wyrażały niezmierne zdziwienie. - Dlatego chciałbym, abyś została moją żoną.
Mężczyzna uklęknął przed Laurą i wyciągnął z kieszeni przepiękny pierścień z ogromnym, ognistym rubinem. W oku kobiety można było dojrzeć tajemniczy błysk, który kapitan pirackiego okrętu odebrał jako łezkę, która zaprzątnęła się w oku jego ukochanej.
I rzeczywiście, dziewczyna rzuciła mu się w ramiona. Nieziemsko piękny zapach jej ciała uderzył we wszystkie jego zmysły, przywołując przyjemne zawroty głowy.
- Tak, kochany, zostanę twoją żoną - cichy głos rozprowadził falę ciepła od czubka głowy do palców u nóg. Szczęśliwy jak jeszcze nigdy wziął swą narzeczoną na ręce i zaniósł do pokoju. Jego wzrok skierował się na butelkę szlachetnego wina, stojącego na biurku razem z dwoma kryształowymi kieliszkami. Uśmiechnął się. Dobrze mieć taką domyślną służbę.
- No, moje słońce, wypijmy za nasz związek! - położył kobietę na olbrzymim łożu i skierował się w stronę butelki z trunkiem. Kiedy nalewał wina do pierwszego kieliszka, dostał olśnienia. - Chwileczkę... o ile pamiętam, moje kochanie nie lubi czerwonego wina.
Spojrzał na Laurę, która nadal siedziała na łożu, wpatrując sie w niego brązowymi oczyma i uśmiechając się delikatnie.
- Jeśli tylko masz białe...
Zanim się obejrzała, trzymała już w rękach kieliszek białego, wytrawnego wina. Pirat usiadł obok niej i objął ją w pasie.
- Za nas.
-Za nas... - powtórzyła kobieta i przyłożyła kieliszek do delikatnych ust. Mężczyzna nie bacząc na dobre maniery jednym łykiem opróżnił kryształowe cudo i z pożądaniem spojrzał na swoją ukochaną. Kiedy i ona skończyła pić, pocałował ją tak namiętnie jak jeszcze nigdy żadną kobietę. Nie opierała się kiedy zaczął rozpinać jej gorset. Wydawało mu się nawet, że ten był słabo zawiązany, jakby specjalnie dla niego. Ciągle całując obiekt swych pożądań do końca rozwiązał gorset. Przed oczyma pojawiły mu się mroczki. Ta kobieta wyzwalała w nim tyle nieznanych wcześniej uczuć...
Nagle, wszędzie pojawiła się ciemność. Nie widział już Laury, nie widział niczego. Bezwiednie osunął się na łoże. Czuł, jak krew pulsuje mu nienaturalnie wolno. Zamknął oczy.
***
A Laura uśmiechnęłą się szeroko, wydostając się spod martwego ciała pirata. Kapitan Adams ostatnio bardzo się wzbogacił. Świadczył o tym wspaniały pierścień, który w tym momencie miała na palcu. Z czułością pogładziła czerwony klejnot i ruszyła w stronę tarasu.
Na szczęście apartament pana domu znajdował się na parterze. Przeskoczywszy balustradę, znalazła się w ogrodach. Ściągnęła maleńkie pantofelki i boso już, biegiem puściłą się w stronę tajemnej furtki, którą były już nażeczony pokazał jej jakieś dwa dni wcześniej. Odgarnęła ścianę bluszczu i niezauważona wymknęła się z posiadłości kapitana Adamsa.
Plaża była pusta, co zresztą nie dziwiło, bo rzadko ktokolwiek zaglądał w tą część Tortugi. Nikt zresztą, kto pojawił się w pirackim mieście, trzeźwy z niego nie wyszedł, więc było tu nie tylko cicho, ale też bezpiecznie.
Kobieta biegła brzegiem morza, rozkoszując się jego szumem. Na spokojnej tafli wody pływały dziesiątki mew, które co jakiś czas wzbijały się w powietrze i odlatywały w stronę wysokich skał, w których miały swe gniazda i w których mieściło się centrum Tortugi. Tam też podążyła młoda kobieta w zielonej sukni z niestarannie, w pośpiechu zawiązanym gorsetem.
Gdy dotarła do głównej drogi, ubrała pantofelki i biegiem zwróciłą się do najbliższej tawerny. Pod "Pijaną Świnią" było pusto. Jedynie w rogu spało kilku upitych w trupa piratów, wszędzie walały się puste kufle. Dziewczyna w pośpiechu rzuciła staremu barmanowi złotą monetę.
- Klucze do mojego pokoju, tylko szybko.
- Spokojnie, spokojnie - zaspany mężczyzna najwyraźniej nie znał słowa "pośpiech". Pani Amanda Carter, tak?
- No przecież pan wie że tak!
Barman pokiwał głową. Najspokojniej w świecie podniósł się z krzesła i wyjął z szafki klucz.
- Proszę ba...
Kobiety już nie było. Chwyciła klucz i pobiegła na górę. Tam ściągnęłą z siebie suknię, pas kilkakrotnie opasała szarym materiałem. Na to nałożyła starą, zniszczoną koszulę i za dużą kamizelkę. Jeszcze tylko spodnie, wysokie buty, kapelusz z dużym rondem zakrywający twarz i była gotowa. No, może prawie gotowa, bo należałoby jeszcze zrobić coś z włosami. Ostatnimi czasy strasznie urosły. Z niezadowoleniem spojrzała na ciemne pasma, które sięgały jej już do łokci. Co miała zrobić? Chwyciła nóż, zamknęła oczy i kilkoma ruchami przywróciła lokom dawną długość. Lekko za uszy. Wystarczy. Po co jej niby dłuższe?
Otworzyła okno i wyszła na dach. Przeskakując ponad kolejnymi budynkami dotarła aż do portu. Zeskoczyła w sam środek zwału siana. Bezbolesne lądowanie na tyłek. Rarytas w dzisiejszych czasach.
Jak się spodziewała, już po chwili podbiegł do niej stary, gruby kupiec.
- No, Tommy, myślałem, że już się nie pojawisz. Załatwiłeś wszystkie sprawy?
- Jasne kapitanie! - lekko zniżyła głos. - Fajnie że na mnie czekaliście. Kiedy wypływamy?
- Jeszcze te ładunki, które tam widzisz i ruszamy. No, żwawo chłopcze, nie płacę ci za pogawędkę!
Uśmiechnęła się krzywo i ruszyła w stronę skrzyń, przy których stało juz kilku marynarzy. Jeszcze bardziej nasuwając kapelusz na głowę, weszła w mały tłum.
- No nie! Tommy wrócił - jeden ze starych wilków morskich wyszczerzył żółte zęby w paskudnym uśmiechu. - Myślałem, że wskoczysz już na gotowe.
- Też tak myślałem, Bob. Niestety, przeliczyłem się. Wydawało mi się, że ruszycie dupy i szybciej skończycie pakowanie towaru. No cóż, nie zawsze udaje się wszystko przewidzieć.
Kamraci musieli powstrzymać się, aby stary Bob nie rzucił się na dziewczynę. Na "Little Bonnie" krążyło powszechne przekonanie, że mały Tommy jest najsłabszym ogniwem załogi. Słaby, często nie dawał rady przenosić ciężkich ładunków. Nikomu nawet nie przeszło przez myśl, iż ten niepozorny marynarzyk mógłby być kobietą, która mimo niepozornej postury i małej siły fizycznej pokonałaby na szable każdego z nich.
Tymczasem ona, z miną wyrażajcą wielkie cierpienie, wyniosła kilka ładunków do ładowni i teraz zwerbowana przez kapitana do żagli zajmowała się bramslem. W głowie kłębiły jej się niezbyt optymistyczne myśli. Czy tym razem dotrzyma obietnicy? Czy wywiąże się z danego słowa?
- Hej! Tommy! - Zwróciła głowę w stronę mostku kapitańskiego, gdzie stał pierwszy oficer "Little Bonnie". - Przestań bujać w obłokach i won na bocianie gniazdo!
Skoczyła na równe nogi. Szybkim tępem wspięła się na gniazdo, zasiadając w nim niczym we wspaniałej rezydencji. Zawsze ją tu wysyłali. W końcu mały Tommy nie mógłby się przydać przy żaglach, kiedy wiatr stawał się porywisty, tak jak dziś, więc trafiało jej się albo bocianie gniazdo, albo mycie pokładu. Osobiście wolała to pierwsze. Jakoś nie mogła przemóc swej dumy i na kolanach szorować brunych desek. Co to, to nie. Upadła nisko, można powiedzieć, że na samo dno. Honor jednak pozostał i nie pozwalał jej brać się za tak ohydną robotę.
Wyciągnęła starą lunetę, i spojrzała przez nią na niespokojne morze. Tak, oddalali się już od Tortugi, niedługo stracą miasto z oczu. Jeśli nic nie stanie jej na drodze, załatwi sprawę w przeciągu dwóch szklanek . I nareszcie uwolni się od zgarbionej postury Tommiego.
Na północnym zachodzie, dokładnie tam, gdzie płynęli, zbierały się ciemne chmury. Kobieta bez problemu rozpoznała, że nie będą mieli łatwej przeprawy przez żywioł. Właśnie o to jej chodziło. Zatrzeć ślady w burzy, wśród błyskających piorunów.
- Ej, kapitanie! - wydarła się na cały głos. - Płyniemy w burzę!
Mężczyzna spojrzał w górę.
- Porządna zawierucha?
Tak, była porządna, ale dziewczyna wiedziała, że mogli jeszcze bez problemu zawrócić na Tortugę i ukryć się w porcie.
- Eee... nie! Bez problemu damy rady!
Słyszała, jak kapitan wydaje rozkazy refowania żagli. Niech sobie refują, to już nie jej sprawa. Uśmiechnięta od ucha do ucha wyjęła zza koszuli zaśniedziały miedziany medalion. Zdjęła go z szyi i wrzuciła do morza. Pod nosem mruknęła sama do siebie:
- Zapraszamy na ucztę...
***
- Ty cholerny młokosie! Przecież to jest jakiś mutant nie burza! Jak mogłeś tego nie rozpoznać!? Wiesz, że teraz wszyscy możemy zginąć!? - kapitan wyżywał się na Tommym, równocześnie walcząc przy sterze z olbrzymimi bałwanami. - I to wszystko będzie twoja wina idioto!
Udając skruchę, uciekła z mostka, wynajdując sobie najlepsze miejce dla ukrycia. Znalazła je pod schodami. Idealna skrytka. Teraz, trzeba będzie tylko poczekać.
I faktycznie, po kilku minutach rozległ się krzyk jednego z marynarzy.
- Kapitanie! Goni nas jakiś statek bez bandery! I wcale nie wygląda jakby sztorm robił mu jakąś trudność!
Z mgły wyłonił się ogromny okręt. W zawrotnym tępie, płynąc na wszystkich żaglach, dogonił "Little Bonnie" i wśród powszechnego przerażenia żeglarzy zetknął się burtę w burtę z ich statkiem. Mężczyźni zobaczyli całą załogę morskich potworów, wymachujących toporami, szablami i nożami. Załogę diabła mogło się rzec. O dziwo, dziewczyna siedząca pod schodami prowadzącymi na mostek, ucieszyła się na widok upiornego okrętu. Niezauważalnie wyszła z ukrycia i lekko przeskoczyła na drugi okręt. Ku swojemu obrzydzeniu odkryła, że została złapana przez dwóch obślizgłych marynarzy z "Latającego Holendra". Otrzepując się ze śmierdzącej rybami wydzieliny ruszyła pod pokład.
Nie zauważyła, że okręt, na którego pokładzie jeszcze przed chwilą miała okazję być, dosłownie w sekundzie zatrzymał się w miejscu. Już po chwili olbrzymia macka potwora morskiego wyłoniła się z głębin i opadła na "Little Bonnie". Tak kończą korsarze, którzy zadarli z Davy'm Jonesem. Albo ci, którzy wzięli na pokład jego człowieka.
Tymczasem dziewczyna zeszła pod pokład i nie zważajac na dobre maniery weszła do kajuty kapitańskiej. Na widok postaci siedzącej przy olbrzymich organach, skrzywiła się. Znowu ta obrzydliwa kreatura.
- Już myślałem, że nie wrócisz. Pięć miesięcy i ani słowa o tobie. Nieładnie... Znalazłaś sobie jakiegoś przystojnego hrabiego?
- Daruj sobie. Trzy miesiące siedziałam w więzieniu sama nie wiem za co. Dopiero potem mogłam się zająć Adamsem.
- Zabiłaś go, tak jak ci kazałem?
- Oczywiście. - usiadła na skraju spróchniałego, nasiąkniętego wodą fotela. - Czas, abyś i ty wypełnił swe zobowiązania. Siedem lat życia zmarnowałam dla twoich głupich urojeń. Teraz wypełnij przyżeczenie.
Davy Jones odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy.
- Przywróciłem ci życie, wyleczyłem rany. Wyrosłaś na piękną kobietę. W zamian za to zabiłaś kilku pirackich kapitanów, po prostu wypełniasz powierzone przeze mnie zadania. Czego więcej oczekujesz?
Ściągnęła kapelusz i rozpuściła spięte w mały kucyk włosy. Z brudną twarzą nie wyglądała może i zbyt pięknie, ale dobrze wiedziała, że Jones, który przez kobietę wyrwał sobie własne serce i tak będzie pod wrażeniem.
- Może i w twoim mniemaniu jestem piękna, ale obiecałeś, że jeśli wypełnię twoje rozkazy spełnisz moje życzenie... - przybliżyła się do niego, pilnując się, by nie zrobić miny na widok jego obrzydliwej twarzy. Oczy kreatury wyrażały zdziwienie, graniczące z paniką. Zerwał się, i tak szybko, jak tylko pozwalała mu na to drewniana noga uciekł w ciemny kąt kajuty.
- Elizo, powiedziałem, że spełnie twoje życzenie, kiedy tylko skończysz wszystkie zadania, jakie ci powierzę. A wszystkich rozkazów jeszcze nie wydałem.
Kobieta spojrzała na Jonesa pełnym obrzydzenia wzrokiem i zaczęła spowrotem spinać włosy. Tymczasem kapitan "Holendra" zachęcony jej zachowaniem powrócił na swe pierwotne miejsce. Spojrzał w jej stronę, a w jego oczach można było odczytać niemy zachwyt połączony z szyderstwem.
- Mimo wszystko, mam dla ciebie propozycję, przekraczającą znacznie twe wymagania. To będzie nagroda za twój siedmioletni okres służby. A więc, droga Elizo...
- Ile razy ci mówiłam, żebyś nie mówił do mnie "Eilzo". Nie nazywam się tak! - ze złości wstała i zaczęła krążyć po pomieszczeniu. W końcu ciekawość zwyciężyła i spojrzała na Jonsa. - Co to za nagroda?
Kapitan Śmierć uśmiechnął się.
- Wyobraź sobie kilka sekund przeszywającego bólu, straszliwego cierpienia. Ta chwila odkupi cię na wieczność. Znam cię, wiem do czego jesteś zdolna, aby zdobyć potęgę. Oferuję ci władzę, jaką mam tylko ja. Wieczność, w której będziesz rządzić każdym marynarzem, każdym okrętem. Oferuję ci władzę nad Krakenem. A oprócz tego - sięgnął po wcześniej zapaloną fajkę. - spełnienie twego jedynego życzenia.
Kobieta spojrzała na niego zdziwionym wzrokiem.
- A w zamian? Czego chcesz w zamian?
Jones wymuścił kilka kółek dymu i uśmiechnął się przeciągle.
- Już zrobiłaś wiele. Piraci znikną z powierzchni ziemi. Tobie została jeszcze jedna ofiara, resztę załatwi za ciebie kompania Wschodnio-Indyjska. - Spojrzał na dziewczynę, która mimowolnie zacisnęła pięści. - Jutro powiem ci wszystko, a dziś rozkoszuj się dniem wolnym na pokładzie "Latającego Holendra".
Wyszła z taką miną, jakby Jones właśnie zaproponował jej małżeństwo. Mrucząc pod nosem, trzasnęła drzwiami. Davy Jones wiedział, o czym myślała. Nie obawiał się że będzie mogła mu zagrozić. Na tym polegał jego plan.
- Zabiłem ją siedem lat temu. Teraz, zrobię to jeszcze raz.
***
Tymczasem kobieta zaszyła się gdzieś na rufie statku. Skuliła się tak, by nikt jej nie widział i obserwowała wzburzone morze. Owszem, wypłynęłi z burzy, lecz pogoda nadal nie była zbyt dobra. Płynęli pod wiatr, zmagając się z olbrzymimi bałwanami morskimi, które, jak się zdawało, nic nie robiły olbrzymiemu okrętowi. Żaden ptak nie przysiadał na maszcie, mewy zniknęły gdzieś za horyzontem. Można powiedzieć, że przestraszyły się czegoś. Wprawny żeglarz uznałby, iż nadchodzi sztorm i wiedzione instynktem zwierzęta zmierzają w stronę lądu, by uniknąć niebezpiecznej zawieruchy. Ona wiedziała jednak, że to nie przed sztormem uciekają wszystkie żywe stworzenia. Płynęła na statku, który był śmiercią. Kiedy "Latający Holender" pojawiał się na horyzoncie, przynosił jedynie nieszczęścia. Ból, strach, łzy, w końcu zakończenie życia. Albo sto lat trwającą służbę.
- Ładny sztorm, co, kapitanie? - do kobiety dołączył jeden z marynarzy. Widać, nie był na okręcie długo, bo, w miarę jeszcze niezmieniony, wyglądem przypominał bardziej człowieka, niż chodzącą rafę koralową, jak ci, ktorzy służyli tu przez dłuższy czas.
- Wiesz co ci grozi za nazywanie mnie kapitanem? - kobieta wskazała mu stos lin, dając do zrozumienia, że chce, aby usiadł.
- Jakoś mnie to nie obchodzi. I tak nie mogą mi już nic zrobić. Ale nie po to tu przyszedłem. Chcemy wiedzieć, kiedy Jones wypełni swoją obietnicę. Czekamy już siedem lat.
Uśmiechnęła się smutno. Zdjęła z palca jeden z pierścieni i zaczęła się nim bawić.
- Obiecał nie obiecał, nie wiem czy cokolwiek z tego będzie. Powiedział, że ma dla mnie inną propozycję.
- Inną? To znaczy taką, w której nie uwzględni nas? - pirata wzburzyły słowa kobiety.
- Nie martw się, to akurat uda mi się na pewno od niego wyciągnąć. Widzisz - rozsiadła się wygodnie, opierając o reling. - dokładnie nie rozumiem tego, co mi zaoferował. Mówił coś, o władaniu morzem na współ z nim, o wiecznym życiu i o panowaniu nad Krakenem. Takiej propozycji nie da się odrzucić.
Mężczyzna popatrzył na nią wzrokiem pełnym współczucia.
- Naprawdę uważasz, że odda ci to wszystko za darmo?
- John, ja naprawdę nie mam pojęcia o co mu tym razem chodzi. Uznał, że chce wybić wszystkich piratów. Według jego rachuby, nie wiem skąd wytrzaśniętej, Kompania rozwali wszystkich, prócz jednego. No i tym jednym ja mam się zająć. A jeśli go załatwię, to otrzymam nagrodę.
Nastała cisza, przerywana pokrzykiwaniami marynarzy. Po chwili po pokładzie rozległ się krzyk:
- Coffey, ty zawszona świnio, gdzie jesteś!? Do roboty patałachu! Miałeś być przy bramslach!
Pirat zerwał się na nogi, nadal patrząc na kobietę.
- Nie wiem, kapitanie, ale mnie się wydaje, że w tym musi tkwić jakiś haczyk. Najprawdopodobniej wszystkiego dowiesz się jutro, wtedy pogadamy, jeśli oczywiście będzie na to czas. Zasięgnę wieczorem rady innych, może oni na coś wpadną, bo mnie nic nie przychodzi do łba.
Kobieta kiwnęła głową. Uśmiechnęła się lekko go starego kamrata, który zasalutował tak, aby nikt tego nie widział i pognał do bramsli, wysłuchując przy okazji serii przekleństw ze strony bosmana.
A ona znów wpatrzyła się w morze. Matko, w co ona się wepchała? Mogła gnić spokojnie na dnie morza, a wpakowała siebie i ośmiu kamratów w nie lada kłopoty. Oni muszą teraz siedzieć na tym okropnym okręcie i harować jakby świat się miał zaraz zawalić, a ona jak duch lata po całych Karaibach i morduje po kolei porządnych piratów. Nie tak wyobrażała sobie własną przyszłość. Co z tego, że Jones darował jej życie, jeśli pozbawił ją wszystkiego co miała? Nie mogła używać nawet własnego imienia. Sam z niewiadomych powodów nazywał ją Elizą, a kiedy znikała z "Holendra" musiała przybierać coraz to nowe pseudonimy, żeby tylko nikt przypadkiem nie rozpoznał w niej dawnej dziewczyny.
A ona już nawet nie chciała mieć własnej floty, tak jak przed laty. Mogła sobie darować też stare imię i nazwisko, byle tylko używać stale tego samego pseudonimu. A kapitan "Latającego Holendra" obiecał jej przecież, że za wypełnianie jego rozkazów, zwróci jej okręt. Nie zależało jej, nad nazwą statku. Byle był to jeden z tych, które siedem lat temu poszły na dno z jej załogą.
Pełna czarnych myśli zasnęła. Obudziły ją dopiero poranne promienie słońca, które przedostawały sie przez grubą powłokę szarej mgły. "A więc to już kolejny dzień" - pomyślała, wstając ze stosu lin i otrzepując się z kurzu i czegoś bardzo obślizgłego, czego nie potrafiła nazwać, a czego było od zawsze pełno na okręcie.
Bez śniadania ruszyła w stronę kapitańskiej. Weszła bez pukania, zastanawiając się, który pirat tym razem stanie się jej ofiarą.
- Widzę, że się obudziłaś, Elizo. Mniemam, że na moim okręcie śpi się dobrze?
- Dla twojej wiadomości, od siedmiu lat nie otrzymałam tu nawet głupiej kajuty, więc sen nie mógł być zbyt wygodny.
Davy Jones zmarszczył czoło.
- No cóż, postaram się to załatwić. Dzisiaj jednak, mam dla ciebie inną sprawę...
- No właśnie! - przerwała mu. - Mów, kto to jest i się stąd wynoszę.
Jones odwrócił się od niej i pomaszerował w stronę swoich wielkich organ.
- Nie powinnaś mi przerywać. Wiesz dobrze, że to ja jestem kapitanem. Żyjesz tylko dzięki mnie i masz obowiązek okazywać mi większy respekt.
Kobieta roześmiała się serdecznie. Kiedy zaczeła mówić, jej głos był zimny i przejmujący.
- Pozostawiłeś mnie przy życiu, bo mogę schodzić na ląd i robić to, co tobie się nie udaje. Mogę przeniknąć wszędzie niezauważalna i zabić z łatwością tych, których ścigasz od wielu dekad.
Jones poruszył się nerwowo. Dziewczyna wiedziała, że przegięła, a jednak nie przyznała się do tego przed samą sobą. Powiedziała, co jej leżało na sercu. Powinna to zrobić o wiele wcześniej. Nie była jednak pewna reakcji kapitana "Holendra". Kiedy wreszcie po kilku minutach przemówił, w jego drżącym głosie wyczuć się dało wielką nienawiść i równocześnie wściekłość.
- Jack Sparrow. Masz zabić go, przejąć "Czarną Perłę", zwerbować załogę i wypłynąć w morze. Medalion leży na stole. Wrzucisz go do morza, ja przypłynę. Wtedy spełnię obietnicę. Będziesz równorzędnie ze mną rządzić morzem. A teraz wynoś się z tego okrętu. Nie chcę cię tu widzieć, póki nie wypełnisz należycie całego zadania.
Kobieta pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Nie zabiję go. Znał mnie, na Perle służą osoby, które kiedyś były w mojej załodze. Nie uda mi się go zabić.
Jones odwrócił się w jej stronę.
- Myślisz że interesuje mnie twoje powiązanie ze Sparrowem!? - krzyknął. - Masz go zabić, inaczej ja skończę z tobą! A teraz wara stąd!
Podszedł do stołu, chwycił medalion i rzucił go kobiecie. Gdy ponownie przemówił, ona była już przy drzwiach.
- Jesteśmy blisko Port Royal. Szalupa jest już przygotowana.
Trzasnęła drzwiami, aż zatrząsł się cały okręt. Nie zważając na przyglądających jej się ludzi Jonesa, minęła cały pokład i zeszła do szalupy, w której, ku jej zdziwieniu znajdował się Coffey.
- Czyżby Davy Jones kazał zawieźć mnie do samego Royal? - w jej głosie dźwięczała bolesna ironia. Marynarz usmiechnął się smutno.
- Powiedziałem, że nie powinnaś sama płynąć łódką, bo wydałoby się to podejrzane.
- A tak naprawdę? - rozsiadła się wygodnie i spojrzała na przyjaciela, który wiosłując uśmiechnął się krzywo.
- A tak naprawdę, to chciałem z tobą porozmawiać.
Spojrzała przed siebie w stronę miasta. Mimo wczesnego poranka, port już tętnił życiem. Zauważyła, że wszędzie latają ptaki, czuła, że wszystko wokół niej żyje. Nic dziwnego. Zostawiała za sobą "Latającego Holendra".
- No więc mów, co się dowiedziałeś. Zamieniam się w słuch.
- Nic dobrego, kapitanie. Fakt, że Jones chce cię postawić na równi ze sobą jest przesadzony. Nawet on nie potrafi unieśmiertelnić innych. Wieczne życie, jakie ci zaproponował, to swoista zamiana w potwora.
Popatrzyła na niego zdziwiona. Potwora? Przecież uniknęła zamiany w potwora, stając się wysłannikiem kapitana "Holendra" na lądzie! Jak to więc możliwe, żeby teraz chciał z niej zrobić drugiego siebie?
- Nie rozumiem. John, wytłumacz mi wszystko od początku, bo chyba się pogubiłam. - spojrzała na kamrata, króry nadal wiosłował. Gdy spojrzał na kobietę, w jego oczach pojawił się dziwny błysk.
- Jeśli zabijesz Jacka Sparrowa i przejmiesz "Czarną Perłę", Davy Jones spełni obietnicę. Uczyni cię na swój sposób nieśmiertelną. - przerwał, z obawą spoglądając na "Latającego Holendra". - wyrwie ci z piersi serce i zamknie w małej skrzyni. Ukryje go przed światem jeszcze lepiej, niż zrobił to z własnym. A ty, choć będziesz wiecznie młoda, choć będziesz władcą Krakena i wszystkich mórz, będziesz pozbawiona serca. Już nigdy, tak jak sam Jones, nie doznasz miłości, dobra, już nigdy nie będziesz potrafiła okazać innym uczucia. Będziesz trwała przez tysiące lat, przeżyjesz wszystkich, którzy cię kochali i szanowali. A Jones będzie cię wykorzystywał nadal, bo będzie miał twe serce, będzie dosłownie dzierżył w dłoni twoje życie. Jeśli zabijesz Sparrowa, odzyskasz okręt, znów będziesz mogła mieć własną załogę, może nawet flotę. Wypełnisz obietnicę daną nam i znów będziemy mogli nazwać cię kapitanem.
Jeśli nie wypełnisz misji i zostawisz Sparrowa przy życiu, zostaniesz na lodzie. Bez okrętu, bez załogi, bez grosza przy duszy. Jedyne co będziesz miała niezaprzeczalnie, to problemy. Jones będzie cię gonił po całym świecie, a jeśli dorwie, to już nie pozwoli, abyś kiedykolwiek stanęła na nogi. Ale z drugiej strony będziesz wolna. Bez żadnych konsekwencji będziesz mogła stanąć przed inną osobą i przedstawić się własnym imieniem i nazwiskiem. Nikt nie będzie ci rozkazywał, będziesz mogła wybrać drogę, którą podążysz.
Przerwał, kiedy byli już niedaleko lądu. Kobieta zamyśliła się. Fakt, będzie musiała wybrać pomiędzy mniejszym a większym złem. Nie chciała, by obietnice, które złożyła kiedyś przyjaciołom, zawiodły. Ale z drugiej strony, nie wyobrażała sobie, jak mogłaby się stać potworem takim jak Davy Jones.
- John, ale ja was nie mogę zostawić. Obiecałam, że wyciągnę was z tego bagna.
- Nieco wszcześniej obiecałaś bratu, że go dogonisz, więc zrób to, a potem zastanawiaj się nad nami. Sami zdecydowaliśmy, że chcemy przyłączyć się do załogi Davy Jonesa... - przerwał, bo łódka dotarła do brzegu. Dziewczyna wyskoczyła z niej, rozglądając się wokoło. Coffey uśmiechnął się, patrząc na przyjaciółkę. - Nie martw się, nikogo tu jeszcze nie będzie. Ale i tak muszę wracać, bo kapitan zacznie się czegoś domyślać. Pamiętaj: to my wybraliśmy służbę i bez względu na twoje obietnice, sami jesteśmy sobie winni naszego nieszczęścia.
Starała się uśmiechnąć, ale jakoś jej to nie wyszło. Za to słona łza spłynęła jej po policzku. Cokolwiek by nie powiedział, wiedziała, że to jej wina. To ona zgodziła się na warunki Jonesa, gdy powiedział, że potrzebuje człowieka na lądzie. To ona zawarła z nim układ, choć była o pół kroku od śmierci. A oni byli za nią w kolejce. Nie mogli zawrzeć tej samej umowy, więc po prostu zaciągnęli się do załogi. Wszystko przez nią, przez głupią Sarę Turner, która nad wszystko ceniła własne życie. Bez przyszłości, bez jakiegokolwiek wsparcia ruszyła przed siebie. W oddali, w małej zatoczce w której kiedyś stała "Mroczna Gwiazda", znów ujrzała piracką banderę. "Czarna Perła" - pomyślała - "A na niej Jack Sparrow".
HA HA!
Jak ktoś myślał, że wytrzymałabym bez Sary, to sie grubo mylił! Niedoczekanie moje, chybabym umarła. A tak jest: siedem lat starsza (nikt mi już nie powie, że za młoda) i siedem lat bardziej doświadczona.
Jeżeli ktoś chciałby czytaać II tom, a nie zna I- go, to niedługo w dziale "O mnie" umieszczę jego streszczenie. No. i to chyba wszystko. Życzę wszystkim udanego długiego weekendu, a zainteresowanych zapraszam na mojego drugiego bloga, do którego link znajduje się na górze strony!
komentarze [17]
Ogłoszenie!!! >> piątek, 20 kwietnia 2007 21:55:35
Drodzy kamraci!
Jak narazie, II tom układa mi się w głowie i idzie mi szczerze powiedziawszy dosyć dobrze.
Niestety, tylko w głowie.
We wtorek i środę piszę egzaminy, toteż nie mam czasu ani energii, aby cokolwiek napisać. Po testach też sobie chcę zrobić fajrant, więc rozdziału nie będzie.
Za to, w przypływie nowych pomysłów, na moim drugim blogu, którego link widzicie po lewej stronie, będzie opublikowane coś w rodzaju zapowiedzi. Zainteresowanych losami bohaterów mojego opowiadania zapraszam, a tych, których ono nie interesuje także zachęcam do zaglądnięcia. Obie wyżej wymienione grupy znajdą tam coś dla siebie, między innymi... roboczy tytuł II tomu. Proszę was też o wypowiedzenie się w pewnej sprawie, którą tam przytoczyłam.
No. I to by było na tyle ogłoszeń.
We wtorek i środę trzymajcie za mnie kciuki!!!
Niech rum będzie z wami kamraci!!!
komentarze [9]
NOWONARODZENI >> środa, 4 kwietnia 2007 18:10:07
Osmalonym ciałem wstrząsały dreszcze. Nie wiedziała już, czy jest zimno, czy gorąco. Nie czuła bólu, o nie, to by było zbyt piękne. W tym momencie nie czuła nic. Widziała jedynie, że całe jej ciało pokryte jest krwią i wielkimi bąblami. Widziała, co zostało z jej długich ciemnych włosów. Pamiętała, jak jeszcze przed wpadnięciem do morza paliły się złotym płomieniem. Ile jeszcze godzin będzie musiała czekać? Ile minut jej pozostało? Chciała by już nadeszła, by zabrała ją, by już nigdy nie musiała otwierać oczu.
I przyszła. Wśród palących się szczątków ukochanej "Gwiazdy", wyłoniła się z głębin.A dziewczyna zdziwiona odkryła, że płacze. To nie jawa, to sen. Ten sam, który nawiedzał ją od wielu dni. Miała dość. Chciała, by to wszystko już się skończyło. Odpłynęła w ciemność. A więc tak wygląda koniec.
***
Młody Turner z czułością patrzył na młodą żonę, trzymającą w rękach ich syna. Ślicznego chłopca urodzonego wraz z zachodem słońca. Kolejnego mężczyznę na Czarnej Perle.
- Will...- Elizabeth mimo całego szczęścia, jakie ją opanowało, nie potrafiła się uśmiechać. Jakże mogłaby być tak okrutna? - Will, jesteś bardzo zmęczony, połóż się, kilka godzin snu dobrze ci zrobi.
Mężczyzna popatrzył na nią z taką czułością, z jaką nikt jeszcze nań nie patrzył, nawet jej własny ojciec.
- Dziękuję ci, ale... sama wiesz... i tak nie zdołałbym zasnąć. Lepiej pójdę na pokład, może tam się do czegoś przydam.
Pocałował ją w czoło i wyszedł z pomieszczenia. Na pokładzie było cicho, jedynie wiatr, który zbudził się tego wieczora po raz pierwszy od wielu dni, hulał cichutko wśród olbrzymich masztów. Turner spojrzał w stronę mostka. Jak się spodziewał, za kołem sterowym stał Jack Sparrow. Nie mając nic lepszego do roboty, William podszedł do kamrata, bez słowa stając obok i wpatrując się w horyzont.
Pierwszy odezwał się kapitan "Perły".
- Twój ojciec bardzo się przejął śmiercią Sary.
- Obawiam się, że bardziej przejął się samym faktem, że miał córkę.
Jack spojrzał nań zdziwionym wzrokiem.
- Nie powiedziałeś mu?
- Dlaczego miałbym mu powiedzieć? - uśmiechnął się pod nosem. - W przeciwności do ciebie byłem pewny że ona już dawno jest martwa. Dopiero przed kilkoma godzinami, kiedy uwolniła nas ze statku Firence'a, odkryłem, że żyje. A teraz... - w gardle zaczęła mu się tworzyć twarda gula, a głos się załamał. Sparrow miał na tyle taktu, aby nie kontynuować tematu. Dopiero po kilkunastu minutach ciszy przerywanej szumem oceanu, młody Turner odezwał się cicho:
- Co chcesz teraz zrobić?
- Chodzi ci o to, gdzie popłyniemy?
- Tak. - Will przytaknął, nie odrywając wzroku od horyzontu.
- Sam nie wiem. W Port Royal naprawimy statek - mam nadzieję, że twój teść nas nie wyrzuci - a później, popłyniemy prosto przed siebie. Może zatrzymamy się na dłuższy czas na Tortudze, przydałoby się też ograbić kilka statków, bo ten rajd nie przyniósł nam korzyści.
William uśmiechnął się krzywo. Korzyści? Ten wypad przyniósł śmierć, a nie korzyści.
Na "Perle" nastała długa cisza. Nawet załoga, czyszcząca pokład ze śladów walki, wydawała się cichsza niż zazwyczaj. Nikt się nie odzywał, pogrążając się w zadumie nad własnym losem. Losem pirata, którego w pełni doświadczyli ci, którzy pozostali na "Mrocznej Gwieździe". Każdy mógł być na ich miejscu. W bitwie wszyscy kamraci poruszali się nie tylko po jednym, ale po wszystkich czterech okrętach. Tyle że "Czarna Perła" wywinęła się śmierci i zniszczeniu. "Gwiazda", "Zefir" i "Burza" nie zdołały.
W pewnym momencie, kapitan Sparrow doznał olśnienia. Powierzając ster zaskoczonemu Willowi, jednym susem zeskoczył z mostka i zamaszystym krokiem ruszył w stronę kuchni. Przed bitwą miał zbyt zaprzątniętą innymi sprawami głowę, więc młodego Rockstona kazał zakneblować, związać i zamknąć na cztery spusty w kuchni, aby broń Boże nie uciekł. Jak się pirat spodziewał, wchodząc do pomieszczenia, chłopak bez większego problemu rozciął więzy. Wśród ogólnego kuchennego nieporządku, nie zabrakło ostrych przedmiotów. Sęk w tym, że każde wyjście, którym panicz Erick mógłby się ewentualnie wydostać, było zamknięte, a wszystkie klucze dzierżył w kieszeni płaszcza kapitan Sparrow.
Kiedy tylko pirat wszedł do kuchni okrętowej i zamknął za sobą drzwi, chłopak zerwał się z miejsca.
- Walczyliście, prawda? Był tam mój ojciec? Zabiliście go?
Jack spojrzał na niego spod kapelusza.
- A chciałbyś, żebyśmy go zabili?- z zainteresowaniem śledził wyraz twarzy panicza, który starał się ukryć zmieszanie. - No więc, panie Rockston, proszę przyjąć do wiadomości, iż owszem, walczyliśmy, owszem, był tam pański ojciec, którego na nieszczęście nie udało się zabić... Za to on postarał się i z całą swą okazałością rozwalił nam trzy okręty.
- Trzy? - Erick poderwał się z miejsca. - To znaczy, że Czarna Flota... poszła na dno..?
- Tak. Choc trzeba przyznać, że "Mroczna Gwiazda" spokojnie uciekłaby, gdyby twój ukochany tatuś podstępem jej nie zatopił.
Chłopak wyraźnie się zasępił. Sparrow z łatwością wyczuł, o czym rozmyśla. Jak się spodziewał, po dłuższej chwili młody podniósł głowę.
- Sara pewnie bardzo przeżyła utratę okrętów.
- Mylisz się.
- Słucham? - Erick wlepił oczy w kapitana "Perły" - Sam mi niedawno mówiłeś, że dla pirata okręt jest wszystkim!
- Widzisz chłopcze, - Sparrow wstał i zaczął przechadzać się po kuchni. - dla nas, kapitanów, statek jest praktycznie najważniejszą rzeczą na świecie. Naszą przepustką do wolności. Kapitan nie opuszcza swojego okrętu do końca. Sara też nie opuściła.
Nastała cisza. Erick z niedowierzeniem patrzył na Jacka. Pirat widział, jak zaciska pięści w niemej wściekłości, aż jego dłonie zrobiły się całkiem białe. Na jasnej twarzy pojawiły się rumieńce.
- Mój ojciec ją zabił... za głupie kamienie...
- No cóż, nie mogę zaprzeczyć - Jack podszedł do drzwi. - My już nic nie możemy zrobić. Za to tobie mój drogi przyjacielu, przygotowałem specjalną fuchę dla umilenia czasu. Pobyt na świeżym powietrzu dobrze ci zrobi, jak sądzę.
Otworzył drzwi, gestem przywołując do siebie Ericka. Ten spojrzał na niego krzywo, ale już po chwili ruszył w stronę pokładu. W ciszy przemierzyli korytarz, doszli wreszcie na górę. Panicz Rockston ze zdziwieniem odkrył, że jego "fucha", to w rzeczywistości mycie brudnego od krwi i prochu pokładu, obok najohydniej wyglądających, cuchnących piratów. Jack popatrzył na niego i w momencie na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech.
- Spokojnie, chłopcze. Jeszcze kilka dni i wysadzimy cię w jakimś porcie. Na razie jednak - wskazał na wiadro wody - musisz się do czegoś przydać. Potem wraz z całą załogą chcę cię widzieć w mesie.
Kapitan odwrócił się na pięcie i już chciał odejść, gdy Erick złapał go za ramię.
- A gdybym... gdybym nie chciał zejść na ląd? - jego oczy zdradzały wyraz całkowitej determinacji - Mógłbym tu zostać?
- Zostać? Chcesz służyć na "Czarnej Perle"?
- Wiem, że tutaj nie ma dużo miejsca, ale mogę... mogę się przydać, jeśli nauczycie mnie wszystkiego... - przerwał, z nadzieją spoglądając w nieprzeniknione spojrzenie kapitana. - Nie jestem taki jak myślisz...
Sparrow oparł się o reling i jakby nigdy nic zaczął bawić się pierścieniem na kciuku.
- Życie pirata jest piękne... ale też bardzo trudne - spojrzał na chłopaka. - Nie sądzę, byś podołał takiemu stylowi bytu.
- Potrafię zadbać o siebie w każdych warunkach.
- A czy potrafisz słuchać bezwzględnie rozkazów, nawet jesli się z nimi nie zgadzasz?
Ericka niewątpliwie zaskoczyło to pytanie, czego nie omieszkał zauważyć Jack. Uśmiechnął się drwiąco, stukając obcasem o pokład.
- No więc?
- Potrafię... Przyjmiesz mnie?
Pirat wyprostował się i ruszył w stronę mostku. Nie mówiąc nic wyciągnął lunetę i zaczął wyszukiwać czegoś na horyzoncie, równocześnie uśmiechając sie triumfalnie. Mody szlachcic tymczasem z obrzydzeniem chwycił do rąk śmierdzcą szmatę i zaczął szorować pokład mając szczerą nadzieję, że Sparrow bezgłośnie zwerbował go właśnie do swojej załogi.
Noc zagościła już w pełni na karaibskim firmamencie, kiedy wszyscy piraci zebrali się w mesie, tak jak nakazał im Sparrow, zanim zniknął półtorej szklanki wcześniej w swojej kajucie. Teraz siedzieli wszyscy razem - piraci z "Perły" obok tych, którzy zdołali się uratować z Czarnej Floty. W rogu siedział zmęczony po ciężkiej pracy i niemal na siedząco śpiący Erick Rockston, nieopodal zasiadła Rosaline, która, sądząc z napuchniętych oczu musiała płakać przez cały wieczór. Byli wreszcie Turnerowie: Will z Elizabeth, która mimo osłabienia pojawiła się, w rękach trzymając śpiące niemowle. Za nimi przyszedł i Bill Turner, zasępiony, smutny, jakby nieobecny.
Brakowało jedynie Jacka i Dicka Sharpera. I oni jednak, po dłuższej chwili zjawili się, obaj nachmurzeni, od Sparrowa można było wyczuć bardziej niż od reszty zapach rumu. Kiedy mężczyźni pojawili się w mesie, wszystkie oczy zwróciły się na nich, każdy patrzył na dwóch piratów z niecierpliwością oczekując, aż wreszcie któryś się odezwie.
Piraci podeszli do jednego ze stołów. Jack spojrzał na zgromadzonych i głosem nadozowanym czymś, co można by określić pobożną powagą zaczął mówić.
- Mates! Zwołałem was tu wszystkich na życzenie pana Sharpera, który ma wszystkim do powiedzenia wiele ważnych spraw. Nie ukrywam, że zaistniała sytuacja wymusza na nas przedyskutowanie paru spraw, toteż zgodziłem się na to... ehm... zebranie. Zanim jednak dopuszczę do głosu Dicka, chciałbym wyjaśnić kilka niedopowiedzeń. - spojrzał na Cholewę, który w tym momencie wpatrywał się tępo w stół. - Otóż moi drodzy. Mimo krążącej legendy, na wyspę Rytuału nie popłyniemy, ponieważ... takowa nie istnieje.
Wśród piratów powstał zgiełk. Turner spojrzał na Sparrowa dzikim wzrokiem, z niedowierzaniem kręcąc głową. Ten jednak odchrząknął cicho i kontynuował przemównienie.
- Otóż, jak dziś nad ranem odkryliśmy z... kapitan Turner - skrzywił się nieznacznie. - dwadzieścia lat temu, kiedy z wyspy odpłynęły wszystkie trzy statki, z załogami, w tym Bill z małym Williamem - Will spojrzał na nigo zdziwionym wzrokiem - wyspa na oczach kapitana Edwarda Turnera i jego żony z niewyjaśnionych przyczyn zapadła się pod wodę razem z całym skarbem. Toteż łatwo wydedukować z tego, że nie mamy powodu, by płynąć tam, jako że i tak zastaniemy jedynie czystą taflę oceanu.
Nikt się nie odezwał, wszyscy w absolutnej ciszy wpatrywali się w Cholewę. Ten spuścił jeszcze bardziej głowę, w końcu jednak nie wytrzymał presji, wstał i wyszedł z mesy. Jack usiadł, oddając pole Dickowi, który jako jedyny nie był zaskoczony, jako że przed pół szklanki dowiedział się o tym od Sparrowa osobiście. Teraz jednak musiał spełnić swój ostatni obowiązek wobec załogi Czarnej Floty i zakończyć przygodę.
- Moi drodzy! - rozpoczął. - Dzisiaj zakończył się dla nas kolejny etap podróży. Pozostawiliśmy za sobą nasze okręty, naszych kamratów, naszego komodora... - przerwał spoglądając na wszystkich, którzy wpatrywali się w niego oczyma pełnymi smutku. W końcu kontynuował. - Jednakoż powinniśmy wiedzieć, że obowiązuje nas kodeks. Przegranych zostawia się w tyle. I dlatego właśnie, musimy zostawić za sobą naszą przegraną, stare przyzwyczajenia i troski. Jesteśmy nowymi ludźmi. Niedługo wstanie nowy dzień, który chciałbym powitać jako pierwszy dzień naszego nowego życia. Wiem, że to nie będzie łatwe, ale taki jest nasz obowiązek. Ostatni obowiązek załogi Czarnej Floty.
Na niebie pojawiło się dziś wiele nowych gwiazd. Mimo, że byli piratami, to mieliśmy okazję pływać ze wspaniałymi, dobrymi ludźmi. W hołdzie dla nich zacznijmy nowe życie. Wszyscy. - podniósł do góry kufel rumu - Chciałbym wznieść toast na wszystkie nowe gwiazdy i za wszystkich, którzy ze świtem rozpoczną nowe życie. Za Nowonarodzonych.
Wszyscy podnieśli do góry swe szklanice. Pili za samych siebie i za tych, którzy odeszli, wśród bólu i cierpienia, wśród pirackiej chwaly.
Noc była jeszcze w pełni, kiedy Sparrow wyszedł na pokład, poszukując Sharpera, który wyszedł zaraz po przemowie. Mężczyzna stał oparty o reling i wpatrywał się w gwiazdy.
- Piękna mowa, panie Sharper. - Jack starał się uśmiechnąć, chodź wiedział, że za bardzo mu się to nie udało. - Dwudziestu trzech z dwudziestu siedmiu pańskich ludzi chce zostać na "Perle".
- Zgodzisz się?
- Tak... - Sparrow stanął obok Sharpera i wpatrzył się w niebo. - Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że liczba ludzi na tym okręcie jest katastrofalnie mała. Teraz wreszcie będę miał komplet.
Nastała cisza, przerywana tylko przez cichy, rytmiczny szum fal.
- Co teraz? Znajdziesz sobie nowy okręt? - Sparrow spojrzał na kamrata.
- Nie. Nie chcę mieć już nic wspólnego z morzem. Za dużo wspomnień. Postanowiłem zatrudnić się gdzieś w Port Royal. Będę miał przy okazji oko na młodego Turnera. - uśmiechnął się drwiąco, choć w jego głosie odbijał się jedynie smutek. - Przyzwyczaiłem się do trzymania pieczy nad kimś. Mój wybór padł teraz na brata Sary... A jeśli już o tym mowa... Cholewa nadal chce pływać?
- Tak. Rozmawiałem z nim i z tą murzynką, Rosaline. Bill zostaje na "Perle" a Rosaline będzie pracować jako opiekunka u Turnerów. Będzie was więcej w Port Royal, gdybyście jeszcze kiedyś chcieli zakosztować pirackiego życia.
Sharper nie odezwał się. Stali więc tam, obaj oparci o reling wpatrując się w gwiazdy. Nie zauważyli nawet, kiedy na wschodzie pojaśniało i zza horyzontu zaczęło wyłaniać się słońce.
- A więc te wszystkie gwiazdy to zmarli ludzie? - Sparrow umiechnął się patrząc na zachód, gdzie było jeszcze całkiem ciemno.
- Tak mi się zdaje. Jeśli wypełniłeś swe życie tak, jak powinieneś, gdy umierasz, na niebie pojawia się twoja gwiazda. Dlatego tej nocy było ich tak wiele.
Obaj popatrzyli w stronę ostatnich gwiazd na jaśniejcym niebie. W tym momencie, ujrzeli spadającą gwiazdę, która na chwilę rozświetliła niebo i zniknęła za horyzontem.
- Co to? - Jack uśmiechnął się pod nosem. - Czyżby ktoś nie zasługiwał na miejsce na nieboskłonie?
Dick wstał ruszając w stronę drzwi prowadzących pod pokład.
- Nie sądzę. To raczej jekaś zbłąkana dusza, która trafiła na nieboskłon, ale ktoś odebrał jej szansę wiecznego pokoju, spychając w otchłań piekieł. Szkoda, wielka szkoda tego człowieka. Nim zdążył zakosztować nieba, musiał znów cierpieć...
Wstał nowy dzień. Na "Perle" powoli pojawiali się ludzie, kapitan darł się wykrzykując coraz to nowe rozkazy. Wszyscy zachowywali się, jakby nigdy nic, jakby ze świtem narodzili się na nowo.Tak, jak mówił Dick. Zostawili w tyle przegranych, aby pełną piersią stawić czoła nowym przygodom. Życie zaczęło się od nowa. Nadeszła kolejna epoka w sercu każdego pirata będącego wówczas na "Czarnej Perle". Nowe życie, nowa epoka, nowy świat.
***
Olbrzymi cios w brzuch przywrócił wszystkie zmysły. Ból, zimno, wstrząsające ciałem dreszcze. Sklejone łzami oczy otworzyły się same. Wśród mgły widniała straszliwa, wysoka postać cuchnąca rozkładającymi się rybami. Nikt nigdy nie wspominał, że Bóg jest tak odrażający.
W uszach rozległ się niski głos, tak straszliwy, że wywołał chęć zerwania się z miejsca i uciekania. Ciało odmówiło, wywołując kolejny atak wszechmogącego bólu. Mózg począł pracować, składać słowa w logiczną całość.
- ... uniknąć przeznaczenia? - głos stawał się donośniejszy. - Chcesz dołączyć do załogi? Sto lat życia, ucieczki od śmierci?
Mózg nakazał ustom wypowiedzieć słowa. Głos sam z nich wyszedł, niewiadomo jak, skad krtań wzięła tyle energii.
- Nie za bardzo... mi się to... podoba...
Oczy widziały już wyraźnie twarz kapitana statku ze snów, nakazujacego swej upiornej załodze podniesienie ciała. Silny uchwyt znów przywołał ból. Po morskiej równinie rozległ się przeszywający krzyk dziewczyny.
- A więc wybierasz śmierć, młody marynarzu?
- Nie... - własny głos wydawał sie tak odległy!
- To ciekawe. - źrenice rozszerzyły się, gdy Kapitan Śmierć pochylił się nad poranionym ciałem. - Nie pasuje ci służba, nie pasuje śmierć. Cóż więc chcesz?
Nagle, jak za uderzeniem pioruna, wszystko wróciło. Wiedziała kim jest, co się stało, powróciły obrazy z ostatnich siedemnastu lat. Ból się skumulował dodając jej siły, dzięki której potrafiła stanąć prosto, spojrzeć mu prosto w twarz. Organizm wydał plon ostatniej rozpaczy, siłę, aby móc wypowiedzieć słowa, będące dlań ratunkiem.
- Czego chcę? Możemy to przedyskutować. - sama zdziwiła się tonem własnego głosu. Patrzyła prosto w oczy potwora, lecz się nie bała. Nie chciała się bać. Nie mogła.
Ciężkie powietrze poruszył straszliwy śmiech kapitana potwornego okrętu. Cała odwaga wyparowała w jednej chwili.
- Dyskutować? Ze mną? - chwilowy dobry nastrój minął, ujawniając na twarzy potwora pogardę. - Kobieta, jak widzę. Tak, jesteście silne, ale tylko w gębie. Czasem by mi się taka przydała, przegadała by każdego zuchwalca. Dowiedz się jeno, panienko, że z kapitanem Latającego Holendra się nie dyskutuje, a każda próba kończyć się musi - zaakcentował zwłaszcza ostatnie słowo.- śmiercią.
***
Kolejny atak bólu przeszył poparzone ciało. Cała energia, którą na chwilę udało się ciału wywołać, zniknęła. Mięśnie twarzy napięły się, oczy zabiegły krwią. Przez mózg przeleciała ostatnia myśl. Teraz to już na pewno koniec. Koniec przygody. Koniec Czarnej Floty. Koniec Odwiecznego Rytuału Krwi...
Koniec
Mates! Zakończyła się historia Czarnej Floty. Ponad rok pisałam opowiadanie, które pod tajemniczą nazwą "Immemorial Blood Ritual" niektórych zachwyciło, innym się nie spodobało. Nie będę tutaj wypisywać podziękowań, jako że zrobiłam to niedawno na pierwszych urodzinach bloga. Ogólnie, dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali. Macie u mnie po beczce rumu!
Tak jak było zapowiedziane na początku opowiadania, najprawdopodobniej powstanie II tom. zresztą szanuję sobie spokój, a gdybym nie zaczęła pisać dalszej części, to coponiektórzy (ukłony do kapitan Ai ^^) tegoż by mi nie dali do końca życia. Toteż zapowiadam, że jeśli tylko znajdzie się ktoś lub coś chętne do czytania moich bzdur, to owszem, będę pisać. Jednak pierwszy rozdział nie nastąpi szybciej niż w połowie maja, a to z powodu egzaminów które mnie czekają, końca roku oraz starań o jak najlepszą szkołę średnią.
Tak więc jeszcze raz dziękuję wszystkim za uwagę i mówię z nadzieją: do zobaczenia wkrótce!!!
Jo ho, Jo ho, a pirates life for me!
komentarze [14]
XX. Gdy nie ma już niczego... >> sobota, 17 marca 2007 12:03:16
Mijały dni, a wraz z nimi zaczęła się zmieniać pogoda. Dotychczas sprzyjający wiatr niemalże całkowicie ucichł, kiedy cztery statki pirackie zbliżały się do Barbados. Żeby jeszcze tego było mało, mimo wczesnej pory roku nad Karaiby nadciągnęły nieznośne upały, utrudniające i tak znużonym żeglarzom pracę na pokładach. Większość z nich, śladem kapitana Sparrowa, ukrywała się pod pokładem i pijąc większe niż zwykle ilości zotego trunku, oczekiwała nastania chłodniejszej nocy.
Oczywiście jedyną osobą nie ukazującą zmęczenia ukropem był Dick Sharper. Pirat, jak sie wydawało, był na nogach przez okrągłą dobę. Stał za sterem, rozdzielał wachty niezadowolonym marynarzom, między którymi niejednokrotnie dochodziło do bójki o nocny dyżur. Równocześnie żeglarz ciągle miał na oku Sarę Turner, która jak się mu wydawało, najgorzej znosiła męczący rajd.
A dziewczyna naprawdę ostatnimi czasy nie miewała się dobrze. Potrafiła całymi godzinami stać przy sterze, gapiąc się zamyślonym wzrokiem w horyzont i szukając tam jakby niewidocznego koła ratunkowego. Kiedy Sharper niemal siłą wyrywał ją z tego stanu, spuszczała głowę i szybko udawała się do swojej kajuty. Stamtąd właśnie wychodziły wszystkie rozkazy pani komodor, stamtąd piraci dowiadywali się o najbliższych planach swojej głównodowodzącej. Niektórzy zaczęli już rzucać nawet kąśliwe uwagi, że panna Turner dostała udaru słonecznego, a decyzje za zamkniętymi drzwiami kapitańskiej podejmuje Dick Sharper.
Mimo przedłużającej się "niedyspozycji" pani komodor, piraci co rusz wyprawiali na pokładzie wieczorne burdy. Zachęceni zachodzącym słońcem i końcem ponad dziewięciogodzinnego upału piraci spraszali na "Mroczną Gwiazdę" swych znajomych z "Czarnej Perły" i ku niezadowoleniu jej kapitana bawili się nie bacząc na to, iż właśnie nadchodziła ich wachta. Jedynie wyznaczeni do pilnowania steru korsarze, którzy chcąc nie chcąc musieli być trzeźwi, nad ranem z czystym sumieniem mogli brać się do pracy, równocześnie nie musząc zwalczać kaca.
Co nocne zabawy nie stanowiły większego problemu dla żadnej załogi statku, prócz oczywiście samego kapitana Sparrowa, który to jako pierwszy uświadomił sobie schodząc pod pokład, że ich zapasy rumu w zastraszającym tępie maleją i że niedlugo przy utrzymującej się niemal bezwietrznej pogodzie jego ludzie - a najprędzej on sam - padną z braku rumu.
A odlgłości do portów były faktycznie niebagatelne. Piraci nie mogli udać się na Barbados, bowiem był to ostatnimi czasy najbardziej strzeżony zakątek Karaibów.Można było oczywiście udać się też w stronę Sant Vincent, ale stanowiłoby to znaczne zboczenie z kursu - Wyspa Rytuału znajdowała się już bowiem poza morzem Karaibskim, na Atlantyku. Tak więc kapitan Sparrow przerażony zaistniałą sytuacją postanowił udać się z wizytą na "Mroczną Gwiazdę" i przedyskutować sprawę z Sarą.
Tak więc zanim na okrętach wybito kolejną tego dnia szklankę, pirat znalazł się już na okręcie panny Turner. Rzuciwszy okiem na spragnioną odrobiny chłodu załogę, Sparrow ruszył chwiejącym się krokiem w stronę kapitańskiej. Nie zważając na dobre maniery, kapitan "Perły" wszedł bez pukania do kapitańskiej, zastając Sarę siedzącą tyłem do drzwi przy biurku i zgłębiającą tajemnicę jakiegoś opasłego tomiska.
- Witam kapitanie - dziewczyna nie odrywając oczu od księgi wskazała ręką na fotel stojący nieopodal. - Czym mogę służyć?
Sparrow uśmiechnął się drwiąco. Podszedł do biurka i rozsiadł się w miękkim fotelu.
- Skąd wiedziałaś że to ja?
Sara podniosła wzrok i spojrzała na Jacka. Na jej ustach wykwitł wymuszony uśmiech.
- Tylko pan kapitanie wchodzi bez pukania. Nawet członkowie pańskiej załogi potrafią zdobyć się na chwilę szacunku dla wyższego rangą.
- Powiedzmy, że w tym przypadku pokierowałem się "rangą" wiekową - skierował wzrok w stronę zdobionego barku. - Chyba nie masz nic przeciwko, co?
- Szczerze powiedziawszy, już się przyzwyczaiłam. Poza tym - pochyliła się nad księgą. - ostatnio rzadko pan u nas bywa, a trzeba przyznać że okazji jest wiele... Co noc załogi urządzają burdę.
Jack mimowolnie skrzywił się. Wstał z siedzenia i podszedł do barku. Udając że ogląda rzeżby na nim, obserwował Sarę.
- Właśnie w tej sprawie przyszedłem... Widzisz, slonko, musisz zabronić ludziom codziennych zabaw. Nie, żebym miał coś przeciwko rozrywkom na pokładzie - teatralnie pokręcił glową - ale widziesz... zapasy na statkach kończą się, a droga przed nami daleka. Przypominam ci, że opływamy dopiero Barbados. A co, jeśli zabraknie elementarnych części naszego pożywienia?
Zirytowana dziewczyna przewróciła oczami i spojrzała wyzywającym wzrokiem na Jacka.
- Chcesz powiedzieć, kiedy zabraknie rumu? Nie martw się, damy sobie radę.
- Nie wiem słonko, czy upał faktycznie nie przyćmił ci twego młodego umysłu. Brak rumu, najważniejszego składnika pirackiej diety, moze spowodować bunt w załodze, a co za tym idzie twoją dymisję, i to niekoniecznie - przewał dla podsycenia atmosfery - samowolną. A uwierz mi, z całą załogą nie wygrasz.
Panna Turner z trzaskiem zamknęła książkę, wzbijając przy okazji chmarę kurzu w powietrze. Spojrzała na Jacka, który w tym momencie opieral się o barek, i stukal weń paznokciami.
- Słuchaj pan, kapitanie. Ja tam nie mam powodu aby obawiać się o stanowisko, bo moja załoga jest wierna. Znasz Sparrow takie słowo? Wie-rna. Zapamiętaj go sobie, choć z w przypadku twojego kapitanatu niewiele ono znaczy.
Jack słuchał piratki z wyraźnym zdziwieniem. Kiedy ta skończyła nastała cisza, którą przerwał odgłos kroków kapitana "Perły", obchodzącego teraz powoli kajutę.
- A więc panna Turner ma problem, mam rację?
- Nie ma pan racji - Dziewczyna rozsiadła się na krześle śledząc wzrokiem Sparrowa - bo ja nie mam problemów.
- A więc tego blondwłosego chłoptasia przysłałaś mi na statek jako prezent urodzinowy?
Sara popatrzyła na Sparrowa z mieszanką złości i strachu. Czyżby z nim gadał? Bo jeśli Erick powiedział mu o wszystkim, to Jack Sparrow dysponował przeciw niej bardzo niebezpieczną bronią - wiedzą. Zazwyczaj, kiedy ktoś za dużo wiedział, musiał odpokutować to życiem. Sparrowa zabić nie mogła - zdążyła się przekonać, że jest bardzo przebiegły. I równocześnie bardzo przydatny.
- Przysłałam go na Perłę - zaczęła powoli, ostrożnie dobierając słowa. - ponieważ na moich statkach załoga jest kompletna, a u pana liczba ludzi jest, jak na tak duży okręt - katastrofalnie mała.
- No nie mów mi, że się o mnie martwisz!
- Nie martwię się! - krzyknęła do końca wyprowadzona z równowagi. - Po prostu u mnie ludzi nie miara a ten idiota nie będzie mi obciążał statku!
Zaległa cisza, w czasie której na ustach Sparrowa pojawił się szeroki uśmiech.
- Mnie nie oszukasz, słonko. Możesz wpierać to innym, ale nie mnie... - Sara zbladła, uświadamiając sobie sens tych słów, Sparrow kontynuował jednak przyciszonym głosem. - Na razie jednak niech to, co kto wie, pozostanie między nami. Zawrzemy układ, dobrze?
Spojrzała na Jacka wzrokiem pełnym obaw. Układ? Z nim? Nie, nie mogła sobie pozwolić na umowy ze Sparrowem. Równocześnie nie mogła sobie pozwolić na wydanie się prawdy związanej z Erickiem.
- Dobra, jaki to układ?
- Bardzo prosty. - Sparrow rozsiadł się w tym samym fotelu, w którym siedział na początku. - Moje milczenie za twoje gadanie. I wszystko zostanie, jak to się mówi, w rodzinie, a raczej w tej oto kajucie. Jasne?
- Co chcesz, żebym ci powiedziała?
Kapitan "Perły" wyszczerzył zęby z satysfakcją.
- Od dłuższego czasu nie wychodzisz na pokład, a jeśli nawet - to stoisz tylko za sterem. Nie wątpię, że przejęłaś się tymi wszystkimi historiami, a zwłaszcza tą ostatnią, z blądwłosą pięknością - Rzuciła mu wściekłe spojrzenie, na co ten tylko uśmiechnąl się triumfalnie. - A jednak to niemożliwe, abyś przejmowała się takimi błahostkami, kiedy płyniemy po tak olbrzymią ilość złota. Tak więc, musi być coś nie tak. I z tego co widzę, to coś mieści się w tej oto księdze, która leży na twoim biurku. Tak więc, pytanie brzmi: Co się dzieje?
Przeklinając chytrość kapitana i własną głupotę, Sara gorączkowo zastanawiała się, co zachować dla siebie a co opublikować przed Sparrowem. Po dłuższej chwili odezwała się przybitym głosem.
- Tej wyspy już nie ma.
-CO?! - Oczy Jacka wyrażały niezmierne zdziwienie. - To gdzie my płyniemy?!
Dziewczyna uśmiechnęła się. Od trzech dni zadawała sobie to samo pytanie.
- Tydzień temu wśród dziesiątek ksiąg, znalazłam to tomisko. Wgłębiając się w jego treść odkryłam, że jest to dziennik pokładowy sprzed dwudziestu lat, spisany przez faceta, będącego najprawdopodobniej moim dziadkiem. Opisuje tam... - spojrzała na Sparrow i machnęła ręką - Zresztą, pokażę ci to w rękopisie.
Otworzyła księgę, na zaznaczonej wcześniej stronie. Jack podszedł i na głos począł czytać notatki Edwarda Turnera.
"28 lipca Roku Pańskiego 1706
Dokładnie z wybiciem drugiej popołudniowej szklanki wypłynęliśmy z Wyspy Rytuału. Na "Mrocznej Gwieździe" jest uszkodzony grot, a naprawa na pełnym morzu nie jest możliwa. Obieramy więc kurs na Isla de Moria. Na wyspie Rytuału zostać nie możemy - co chwila porusza się ziemia pod naszymi nogami.
29 lipca Roku Pańskiego 1706
Wyspa Rytuały nie istnieje. Morze pochłonęło ją razem z nastaniem świtu. Skarb zatonął razem z całym lądem. Dobrze, że zabraliśmy tak dużą lilość złota!"
Sara zamknęła księgę z hukiem. Spojrzała prosto w brązowe oczy Jacka.
- Są tu też inne, bardzo osobiste wspomnienia mojego dziadka, co dziwi, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że to dziennik pokładowy. Ale nie to jest najważniejsze. Jak zdołał pan przeczytać, kapitanie, jest tutaj skromna wzmianka o zatopieniu wyspy rytuału. Nie dowiadujemy się z niej jednak wiele. Za to z tego - wstała i podeszła do półki pełnej książek, z której wyjęła jedną z nich. - możemy się dowiedzieć dużo więcej. Jak zresztą powszechnie wiadomo, kobiety są bardziej uczuciowe od mężczyzn, więc Aurelia Turner - moja babka, opisała wydarzenia bardziej dokładnie.
Sparrow już całkowicie wkręcony w tajemniczą historię z zniknięciem wyspy, bez chwili zastanowienia pochylił sie nad pamiętnikiem.
"28 lipca 1706r.
Nareszcie wypłynęliśmy z tej okropnej wyspy! Nie rozumiem, dlaczego Edward kazał tak długo zwlekać z wypłynięciem. Cholerny pirat... Jak można narażać życie naszego maleńkiego wnuka? To zresztą też głupota ze strony Williama, że tak maleńkie dziecko bierze na wyprawę! Czy oni nie mają głowy? Dobrze, że postanowiłam płynąć z nimi, bo moje ukochane wnuczątko, mój malutki Will, musiałby teraz siedzieć zamknięty w kajucie, podczas gdy jego ojciec i dziadek ładują do ładowni tony złota i kosztowności. Na dodatek cały czas pod naszymi nogami chwieje się ziemia. Jak można narażac na takie niebezpieczeństwo małe dziecko!?
Will zaczął płakać, pewnie jest głodny. Muszę wiec kończyć. Gdzie jest jego tatuś, kiedy jest naprawdę potrzebny?"
- No no no, czego ja się dowiaduję tutaj o Rzemyku... A zawsze sprawiał wrażenie idealnego tatusia... - Sparrow uśmiechnięty od ucha do ucha spojrzał na Sarę. Ta, beznamiętnym wyrazem twarzy spoglądała na kartkę. Nie czytała tego po raz pierwszy, tak naprawdę znała te kilka zdań na pamięć. Kim jest jej ojciec? Zawsze miała nadzieję, że to porządny człowiek, nawet jako pirat. Przed trzema dniami dowiedziała się, że nie potrafił zająć się własnym dzieckiem, że jej bratem musiała opiekować się babka... Nie taką rodzinę wymarzyła sobie niegdyś panna Turner...
- Dobra, Sparrow, monologi na temat mojego ojca będziesz wygłaszał później, teraz czytaj dalszą część.
Pochylili się nad pamiętnikiem. Zwłaszcza Jack z szczególną uwagą śledził każdy wyraz zapisany nierównym pismem przez panią Turner.
"To, co stalo się dziś nad ranem, było niesamowite! Wyspa po prostu zapadła się pod wodę! Obudziłam się, kiedy Mroczną Gwiazdą zaczęły wstrząsać olbrzymie fale. Mimo wczesnej pory, na pokładzie byli wszyscy marynarze. Każdy śledził to niespotykane zjawisko. To naprawdę niezwykłe, jak ta niewielka wyspa zaczęła powoli zapadać się pod wodę, tworząc tym samym tak wielkie fale, że Edward ledwo zapanował nad statkiem. A tak nawiasem, to mój mąż, ten sam czlowiek, który zawsze jest tak dumny i wyniosły, płakal jak bóbr z całą załogą. Nie rozumiem mężczyzn. Mają tyle skarbu i jeszcze płaczą za tym, którego nie zabrali...
Dobrze, że William z małym tego nie widzieli. Moj syn pewnie by się powiesił gdyby widział upadek wyspy. W końcu za dwadzieścia lat to on z małym Willim popłynęliby po złoto. A tak, już nigdy nie ujrzą tego swojego skarbu. Cholerni materialiści. Czasem myślę, że lepiej byłoby zostać w domu, zamiast dwadzieścia siedem lat męczyć się z tymi zapijaczonymi piratami. Choć, z drugiej strony, lepiej mieć jednego syna i męża, którzy są piratami, niż uganiać się za gromadką rozpieszczonych bachorów i patrzeć jak mąż - oficer podlizuje się swojemu utłuczonemu dowódcy...
Później
Postanowiliśmy z Edwardem nie mówić Williamowi o wydarzeniach na wyspie. Mamy kolejne dwadzieścia lat, żeby wytłumaczyć mu to na spokojnie. pozyjemy, zobaczymy. Taką mam przynajmniej nadzieję..."
Sara uśmiechnęla się pod nosem.
- Najwyraźniej moi dziadkowie nie dożyli dnia, w którym opowiedzieli synowi o zatonięciu wyspy. Teraz my, nieświadomi niczego, wybraliśmy się po zloto, ktore tak naprawdę nieistnieje, albo raczej - leży sobie gdzieś pod dnem oceanu.
Sparrow patrzył w okno, wyrażając tym samym stan intensywnego myślenia. Minęlo pięć minut, dzisięć. Sara złapała się nawet na tym, ze liczy wszystkie książki, ktore znajdują się na regale. W końcu jednak, wraz z wybiciem bodajże czwartej szklanki, kapitan Sparrow odezwał się półgłosem.
- Teoretycznie, możemy wracać tam, skąd każde z nas przybyło. Mniemam, że sama chciałabyś wrócić na Hawaje...
- Wiem co chcesz powiedzieć - dziewczyna przerwała Jackowi w pół zdania - Pozostaje kwestia mojego brata i ojca, którzy są uwięzieni na statku Firence'a.
Kapitan "Perły" przytaknął. Po kolejnej minucie ciszy wstał i zaczął krążyć po kajucie.
- Nie wpadło ci do głowy, że Firence mógł się sprzymierzyć z tymi ośmioma statkami Kompanii? - Spojrzał na Sarę, która w tym momencie bawiła się własnymi palcami.
- Owszem, wpadło. Szczerze powiedziawszy, jest to bardziej niż prawdopodobne, bo -także wstała, podchodząc do barku. - jak obliczyłam powinniśmy go spotkać jakieś trzy dni temu. Jeśli ten cholerny idiota trzyma z Kompanią, na pewno nie może płynąć tak szybko, co wskazuje, że spotkamy go niedługo, jeśli oczywiście nasze gdybanie ma pokrycie w faktach.
Sparrow z uśmiechem patrzył, jak dziewczyna wyciąga dwie butelki rumu. Kiedy jedna z nich trafiła do jego rąk, powrócił do swojego codziennego tonu, szczerząc w stronę Sary zlote zęby.
- A to sprowadza nas do pierwotnej rozmowy. Piraci nie mogą być pijani, kiedy przyjdzie czas na walkę, więc musimy odwołać burdę, którą na dziś szykowali i przygotować okręty do obrony.
Sara, usatysfakcjonowana zmianą tematu odwzajemniła uśmiech Sparrowowi, siląc się na beztroski ton.
- A więc proszę odwołać, ja bardzo chętnie wyjdę na główny pokład i posłucham kazania kapitana "Czarnej Perły". Teraz muszę jeszcze coś przeanalizować, tak więc za jedną szklankę oczekuję błyskotliwego przemówienia. Na razie jednak, prosiłabym o opuszczenie mojej kabiny. Jak mi się wydaje, kapitanie, zużył pan więcej tlenu, niż przewidziałam. Tak więc do zobaczenia niedlugo.
Po dziesięciu minutach udało się dziewczynie wypchnąć Jacka z kajuty. Dopiero wtedy odetchnęła głęboko. Miała wielką ochotę coś rozwalić, powstrzymała się jednak i podeszła do szafy. Aby wyjść na pokład, musiała ubrać płaszcz, nawet jeśli zewnętrznym otoczeniem rządził niewpółmierny do pory roku upał. Tak więc wybrała jeden z ulubinych płaszczy (tak, na poprawienie humoru) i założyła ukochany kapelusz. Przejrzawszy się w lustrze, szczypta pozytywnego nastroju ulotniła się - dziewczyna była blada, olbrzymie wory pod oczami obrazowały dokładnie jej stan. Od ponad tygodnia nie przespała ani pół nocy. Jesli nawet zasypiała, od razu przed oczyma stawał jej olbrzymi, straszliwy statek, z poszrpanymi żaglami. Bała się go. Nie wiadomo dlaczego, obawiała się tego okrętu. Bylo w nim coś... upiornego, co przerażało ją. Za każdym razem budziła się zlana potem ze łzami w oczach. Nie wiedziała, co te sny miały oznaczać. Cokolwiek to nie było, wolała nie wiedzieć tego przed czasem. Lepiej nie znać przyszłości przed jej nadejściem.
Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że ślęczy przed lustrem ponad dwadzieścia minut. Otrząsnęła się ze stanu zamyślenia. Dzień, to nie czas aby rozmyślać nad snami. Bezwiednie zapięła pas, chwyciła szablę i pistolet. Z butelką rumu w dloni ruszyła do drzwi. Nie obejrzała się za siebie. Nigdy tego nie robiła.
Gdyby kapelusz nie opadał jej na twarz, zapewne oślepiłaby ją jasność, która w porównaniu z ciemną kajutą, mogła wypalić oczy. Sara, któej oczy były chronione przez nakrycie głowy, najspokojniej w świecie ruszyła w stronę mostka kapitańskiego. Nie odzywając się do Dicka przejęła ster i z zaciekawieniem zaczęła się przyglądać próbom przemówienia, jakie wyglaszał kapitan Sparrow, a które wśród załogi wywołało ogólne poruszenie.
- Ehm... no więc drodzy kamraci! Mam dla was ważną wiadomość! Otóż... z powodu realnego zagrożenia atakiem... musimy odwołać dzisiejszą burdę...
Dalszą część przemówienia została przerwana przez krzyki niezadowolenia załogi, ktora życia w takim upale bez co nocnych zabaw sobie niewyobrażała. Panna Turner tymczasem przypatrywała się z rosnącym zaciekawieniem rozeźlonym kamratom i pierwszy raz od ponad tygodnia wybuchła śmiechem, kiedy piraci wyciągnęli szable i zaczęli wymachwać nimi niebezpiecznie blisko glowy kapitana Jacka.
- Dobra, mates, spokój! - krzyknęła w końcu. Piraci jak na zawołanie zwrócili się w stronę pani kapitan, której głosu nie słyszeli od bardzo długiego czasu. - Sprawę burdy musimy jeszcze przedyskutować!
Piraci rozeszli się, a kapitan Sparrow z miną wyrażającą wściekłość dał znak Gibbsowi, aby zbliżył Perłę go Gwiazdy. Sara powróciła do swojego zajęcia, to znaczy obserwowania horyzontu, gdy nagle z bocianiego gniazda rozległ sie głos jednego z piratów:
- Pani komodor, mamy duże problemy!
Sara spojrzała w górę, równocześnie automatycznym ruchem wyciągając lunetę zza pasa. Sparrow zrezygnował z oczekiwania na swój okręt, wbiegając na mostek.
- Jeden okręt? - zapytał jeszcze na schodach
- Dużo gorzej! - z bocianiego gniazda dobiegł ich głos pirata - Nie wiem czy to wszystko, ale zmierzamy przynajmniej na sześć okrętów!
- Sparrow, wypad na "Perłę", przygotuj się do ataku. Wszyscy ludzie mają dostać jakąś robotę, Dick, daj znak na "Zefira" i "Burzę". - Sara przerażonym wzrkiem spojrzała przed siebie, gdzie majaczyły już wyraźnie sylwetki nie sześciu, ale dziewięciu okrętów. Mogi zawrócić, o tak, byłoby to pewnie najlepsze wyjście, ale wiedzieli, że i tak nie uciekną. Wszystkie cztery statki płynęły obok siebie, ich nawrót trwałby długo. Za długo. Poza tym musieli mieć na względzie Willa i Turnera seniora, którzy na jednym z tych statków się znajdowali.
Wydając rozkazy, dziewczyna zeszła z mostka. Spojrzała na prawą burtę, przy której stał Sparrow. Cieszyła się, że "Perła" będzie z nimi. Załoga kapitana Sparrowa składała się z samych wilków morskich, wprawionych w walkach, potyczkach morskich. Poza tym ceniła sobie pomysłowość kapitana Jacka. Jeśli i tym razem wpadnie na jakiś błyskotliwy pomysł, możliwe, że przeżyją, że uda im się przedostać przez to piekło.
Już miała zejść pod pokład, kiedy uderzyła ją nagła myśl.
- Sparrow? - Odwróciła się na pięcie. Pirat już na nią patrzył. - Mógłbyś... zabrać Elizabeth na "Czarną Perłę"?
- Po co?
- Wydaje mi się... zresztą nieważne - żachnęła się na odchodnym. - Po prostu weź ją na swój statek!
Wiedziała, że Jack Sparrow pobiegł po Elizbeth. A więc jedną sprawę ma załatwioną. Teraz, pozostaje tylko sprawa walki. Pod pokładem załoga uwijała się szybciej niż kiedykolwiek. Panna Turner nie zdążyła nawet się obejrzeć, a już doszło do wymiany salw między okrętami, a na czterech okrętach powiewał Jolly Roger. "A więc zaczęło się." - pomyślała, widząc jak dwie kule, jedna po drugiej, trafiają dokładnie w oficerską. Dokładnie tam, gdzie jeszcze przed kilkunastoma minutami znajdowała się Elizabeth.
Chociaż wiedziała, że walka będzie nierówna, nie spodziewała się, że "Zefir" tak szybko upadnie. Wśród huku armat oraz krzyków i biegania piratów, nie potrafiła skupić się na niczym innym, niż na widoku tonącego okrętu. Wiedziała, że nie mogą się poddać. Miała już w głowie plan.
- Przygotować się do abordażu! Musimy przejąć przynajminiej dwa okręty!
Załoga bez słowa zaczęła przygotowywać się do walki wręcz. Bosaki poszły w ruch, a sama Sara nabijała trzy pistolety, pustym wzrokiem patrząc przed siebie. Teraz, przyszedł moment na najgorsze. Należy zaatakować statek Firence'a i uwolnić Willa.
Kiedy statki się zbliżyły, przedostała się na ten drugi jako jedna z ostatnich. Zabijając po drodze kilku wyrostków, dotarła zadyszana do wejścia pod pokład. W szaleńczym biegu zaczęła przeszukiwać wszystkie pomieszczenia, nie ośmielając się krzyknąć. Mimo olbrzymiego gwaru, ktoś mógł ją usłyszeć. W końcu jednak udało się Sarze odnaleźć brata.Kiedy tylko rozwaliła zamek, Will wyskoczył jak oparzony, chcąc jak najszybciej dołączyć do walki. Za nim stał mężczyzna, którego rysy twarzy były tak nieprawdopodobnie podobne do Williama, że Sara nie miała wątpliwości, kim ów człowiek jest. Ojciec.
Kiedy młody Turner zobaczył Sarę, jego oczy w jednej chwili stały się mokre.
- Ty żyjesz...? Jak to...
- Później ci wytłumaczę. Teraz, musicie za wszelką cenę dostać się na Czarna Perłę. Tam jest Elizabeth, tam są wszyscy. Jak już tam będziecie... powiedz Sparrowowi że ma uciekać. I że niezniosę słowa sprzeciwu. Powiedz mu... że... to część mojego planu...
- Dogonisz nas?
Spojrzała mu prosto w rozpalone w gorączce niedawnych przeżyć oczy. Co miała powiedzieć?
- Tak. Dogonię was.
Serce się krajało młodej piratce, gdy widziała, jak tonie "Burza". Nie widziała już nawet tych trzch okrętów Kompanii, które oni sami zatopili. To już nie było ważne.
Dotarłszy na Mroczną Gwiazdę, rzuciła się w wir walki. Powaliła kilku, może kilkunastu żołnierzy, dwa razy niemal nie przypłacając tego życiem. Widziała, jak z ręki Dicka Sharpera zginęło dwóch kapitanów. W tym momencie, patrzyła, jak jej przyjaciel zmaga się z Firencem na mostku. Nie mogła sobie pozwolić, by ten czlowiek wyszedł z walki żywy. Kiedy więc Dick uchylił się przed kolejnym niosącym śmierć ciosem, Sara wyciągnęła ostatni nabity pistolet i strzeliła. Trafiła idealnie, tak jak marzyła przez ostatnie miesiące. Prosto w serce. Tak kończą żywot ludzie, ktorzy zadzierają z komodor Sarą Turner - pomyślała.
Dick podbiegł do niej, wykańczając przy okazji kilku żołnierzy. Jego twarz była cała w krwi zmieszanej z potem. Na ramieniu widniała głęboka rana, krwawiąca obficie, brudząca i tak już poplamioną koszulę pirata.
- Jak się czujesz, Sara? Jesteś ranna?
Dziewczyna spojrzała w bok. "Perła" była właśnie na wyciągnięcie ręki. Jej burta niemal stykała się z burtą "Gwiazdy".
- Nie martw się o mnie. A tak nawiasem, to jesteś potrzebny na 'Perle". Idź już - ponagliła go - Aha, sprawdź zaraz jak będziesz na okręcie Sparrowa, czy z Elizabeth wszystko jest w porządku. Ja... zaraz do was dołączę. Musimy wydostać się z tego piekła.
Dick spojrzał na nią zmęczonymi oczyma, w których Sara wyraźnie dojrzała niepewność. W końcu jednak ruszył na "Perłę", po kilku srekundach będac już na jej pokładzie.
Byl to praktycznie ostatni moment, bo już po chwili, najwyraźniej z interwencji samego Willa, wszystkie żagle, ktore jeszcze jako tako prosperowały nabrały wiatru i "Czarna Perla" ruszyła. Sara uśmiechnęła się. Jeszcze jakieś dziesięć minut dziewczyna walczyła, zawzięcie broniąc dostępu do mostka kapitańskiego, a gdy okręt Jacka Sparrowa wystarczająco się oddalił, postanowiła niezwlekając także zacząć uciekać. Wiedziała, że nawet jeśli uda jej się wydostać z samego centrum walk, trudno będzie opanować ataki kilku okrętów. Panna Turner miała cichą nadzieję, że nienajlepiej w ostatnich czasach opłacana Kompania po prostu nie będzie miała aż takiego zapasu kul, aby przez dłuższy czas atakować jej okręt.
Mimo poszarpanych żagli i bardzo odczuwalnej straty grotmasztu, okręt jakby napędzany siłą woli Sary ruszył. Także na pokładzie nie pozostało wielu żywych żołnerzy kompanii. Dziewczyna zaśmiała się w głos, spoglądając za siebie i zdając sobie sprawę, że zostawia stłoczone okręty za sobą.
A Rockston patrzył na to, uśmiechając się pod nosem. Niech ucieka, złodziejka. Niech ucieka, może i przed nim ucieknie, ale przed przeznaczeniem nie da się uciec. Przed prochem z jego statku też nie, zwłaszcza, że jego ludzie przenieśli go gdzie indziej.
- Nie gonią ich! - krzyknął William, spoglądając przez lunetę na odlegly okręt, który, choć bez jednego masztu, i tak pruł gładką taflę morza.
- Wiedziałem, że ta gówniara coś wymyśli. Masz bardzo zdolną siostrę, Will. - Sparrow uśmiechnął się ukazując szereg złotych zębów. - To co, teraz pewnie chiałbyś, żebym ci wszystko opowiedział od początku, co?
Młody Turner uśmiechnął się. Nareszcie będzie miał normalną, pełną rodzinę! On, Elizabeth, ich dziecko, ojciec i Sara. Jak w marzeniach...
- Eh, Jack. Póżniej będziemy mieć więcej czasu na rozmowę. Teraz idę zajrzeć do mojej żony, wiesz że...
Powietrzem wstrząsnął wybuch. Jak na komędę wszyscy odwrócili się i spojrzeli przed siebie, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się "Mroczna Gwiazda". Statku nie było. Były za to płomienie, olbrzymie płomienie pożerające każdą cząstkę wraku. W powietrze wylatywały płonące, drewniane bele, które jeszcze przed chwilą pełniły rolę masztów, deski, ktore przez dziesiątki lat tworzyły kadłub wyniosłej "Mrocznej Gwiazdy".
Z pod pokładu wybiegł nienaturalnie blady Dick. Nie zauważywszy, że cała załoga skupiła się w jednym miejscu, zawołał do Willa:
- Turner, chodźże szybko! Twoja żona zaczęła ro... - urwał, spojrzawszy na przerażone twarze przyjaciół. - Co do jasnej cholery...
Will minąl go wolnym krokiem, schodząc do kajuty, w której Elizabeth rodziła jego dziecko. Sharper nie podążył za nim. Nie potrafił ruszyć się z miejsca. Przyglądał się płonącemu punktowi, znikającemu powoli w oddali. Wiedział, że nie mogli wrócić. Wiedział, że nie mieli po co wrócić.
Stał tam sam przez następne godziny. Nie słyszał rozkazów, które wydawał Sparrow. Nie widział okrętów, ktore podjęły pogoń za Perłą. Czasem tylko z jego ust wyrywało się jedno, jedyne słowo:
-Dlaczego...?
komentarze [20]